Moja Mama, jeziora, kot, czas i… filiżanki

To pierwszy taki tekst na moim blogu. Jest za długi, wiem, ale…  Zbliża się Dzień Matki, imieniny mojej Mamy a ja już nie mogę Jej ucałować, przytulić  jak było przez wiele lat. Co roku na Dzień Matki z radością, miłością i wdzięcznością przynosiłam Jej tyle róż ile miałam lat. Kochała herbaciane…

MOJA MAMA, JEZIORA, CZAS I… FILIŻANKI

dla mojej Mamy

Czy istnieje CZAS? Czy to tylko ludzki wymysł po to, aby sterować i rozporządzać logistycznie naszym istnieniem? Po co? Dla totalnego porządku, dla rozkładów jazdy, dla spóźnialskich, aby czuli się winni… Czas jednak nie dotyczy uczuć, wspomnień, piękne, niezwykłe, trudne – każda chwila pozostaje w nas do końca, a może dłużej…

Jest lato. Wakacje. Pomimo innych, niby-lepszych, wakacyjnych zamiarów, znowu wylądowaliśmy wśród naszych  jezior, lasów, pól. Przestrzeń jakże miło znajoma, ale co roku nieco inna i ukochana. Natura zmienia się, dojrzewa i my razem z nią.

Widok z tarasu na „nasze” ukochane jezioro.

Mama nieraz pytała: „Jedziecie w tym roku na to „wasze” jezioro? Nie znudziło się wam? Może pojechalibyście w inne miejsce… nad morze, w góry?” Byliśmy wielokrotnie, ale to nie to samo… wolimy jeziora. Jesteśmy nieco durno-uparci i szczęśliwi wracamy choć na kilka dni, bo tam najpiękniej, najswojej, najmilej, najkochaniej…  Od lat zaprzyjaźniona rodzina wynajmuje nam na lato, przytulny, drewniany domek. Stoi w lesie, na małym wzniesieniu, z tarasu widać jezioro, na chłody jest kominek, na upały cień wysokich sosen i kąpiel w chłodnym jeziorze, do tego poranne koncerty ptaków. Nade wszystko najmilsza, leśna cisza.

Po odespaniu miejskiego zmęczenia możemy wstać rano i chłonąć to uroczysko. Poranne pływanie w jeziorze jest cudem – daje energię, budzi dobre siły i wrażliwość na resztę świata. Na tarasie rozkoszujemy się mglisto-słonecznym porankiem, zapachami ziemi, roślin, jeziora – powietrzem i sobą. Jesteśmy jak nowi, inni – tak mało jest czasu na co dzień. Kawałek chleba z masłem smakuje tu na wspak do  miastowego, a herbata, kawa (ach ta woda!) zachwyca kolorem, przyciąga i kusi  niezwykłym aromatem.

Wiesz – mówię do męża – chciałabym, aby choć raz przyjechała tu Mama. Zna to miejsce tylko ze zdjęć i z naszych zachwytów.  Prosiłam wiele razy, ale żartowała, że nie ma zamiaru łowić ryb, albo „za daleko, nie chce mi się jechać”. Jakoś nie dała się namówić, a poza tym zawsze wolała morze i tam jechała.

– No jasne – mówi mój kochany – powinna tu być z nami, na pewno poczułaby się lepiej. Spróbuj, zadzwoń. Może się uda, pojedziemy po nią.

Niebywałe. Mama jest na tak! Niestety tylko na tydzień, bo ma termin badań lekarskich, ale przyjedzie. Jedziemy po nią, a późnym popołudniem wszyscy jesteśmy w naszym ziemskim raju. Mama trochę zmęczona, ale chodzi, patrzy, wdycha to pyszne powietrze, i mówi „Ależ tu cudnie! Teraz rozumiem dlaczego tak ukochaliście to miejsce. Ja też już je kocham.”

Serce mojej Mamy bije spokojniej, ma dobre ciśnienie, mówi, że czuje się świetnie, lepiej śpi, jest radosna, uśmiechnięta i pełna energii. Jakby jej serce zapomniało o niedobrej chorobie,  jest taka jak zawsze…  kiedyś, przed chorobą. Moja ukochana, śliczna Mama i pierwsza, najlepsza przyjaciółka.

Pogoda nam sprzyja. Każdy dzień zaczyna się pięknie, niebo bez chmurki, słońce, ciepło – jest cudnie. Łazimy po lasach, łąkach, polach, gadamy, pływamy, zajadamy różne pyszności, robimy zdjęcia i cieszymy się ze wspólnych chwil.

Pewnego poranka młody, biało-czarny kociak wpada na taras, zdezorientowany w pędzie wskakuje na stół, strąca, tłucze filiżanki i z wrzaskiem, przerażony ucieka. Mógł przecież poczęstować się czymś  co było na stole, ale nie udało mu się. Już nie było filiżanek. Tak ładnie wyglądały, kolorowe w porannym słońcu, na pomarańczowo-białym obrusie…

„Jeziorowe” filiżanki.

Decydujemy – lubimy herbatę, a z filiżanek smakuje najlepiej – trzeba kupić  – w domu też się przydadzą nowe. Jedziemy do pobliskiego miasteczka, spędzamy tam piękny dzień. Zwiedzamy, jemy obiad, idziemy na lody. Kupujemy jakieś drobiazgi, ale filiżanek nie ma. W kilku sklepach są tylko kubki i serwisy kawowe. Nieco zrezygnowani wracamy, ale po drodze jeszcze zahaczamy o sklepik w „naszej” wsi, a tu, na półkach stoją różne filiżanki! Są też takie jak trzeba, większe, porcelanowe, do herbaty. Czekały na nas. Jest pięć, kupujemy wszystkie.

Filiżanki są ładne, świetnie z nich się pije herbatę.  Wśród wszelkiej zieloności wokół tarasu wyglądają urodziwie na naszym kolorowym stole. Cieszą nas.

Tydzień mija za szybko. Mama musi wracać. Dwie filiżanki zabiera z radością i mówi, że będą „ważne” – „ale tylko dwie, bo trzy muszą być u was, jedna dla mnie” – śmieje się. Odwozimy Mamę, późnym wieczorem wracamy do domku, Mama wręcz zabroniła nam zostawać z nią na badania – zadzwonię, wracajcie, odpoczywajcie. Pada lekki deszcz, ale jest ciepło. Ranek wstaje rześki i słoneczny. Śniadanie… stawiam trzy filiżanki, bezmyślnie, nijak, niecelowo…

Telefon do Mamy: badania wypadły dobrze, wszystko jest ok, czuje się dobrze. Mówi  – „Pozdrówcie ode mnie jezioro, las i kota. Odpoczywajcie i niczym się nie martwcie… „

Po powrocie do domu filiżanki są z nami. Spokojnie mija kilka miesięcy. Mama dobrze się czuje, wspomina lato i mówi, że każdego ranka i popołudnia pije z nich herbatę i widzi… jezioro, las, a kiedy ma gościa tylko w tych filiżankach raczą się herbatką. „Jeziorowe” filiżanki, które po prostu są i nie wiedzą jak bardzo są ważne.

Nastaje lutowa zima i straszny czas. Mama zachorowała. Szpital, ciężki stan. Cierpi. Jestem przy niej dzień i noc. Trzymam ją za rękę i wierzę, że wszystko będzie dobrze, że jeszcze raz uda się! Nagle czuję, że Mama lekko ściska moją rękę. Otwiera oczy! Nadzieja… Lekarka bada Mamę, uśmiecha się i stwierdza, że „najgorsze mamy za sobą, idzie ku dobremu”.

Nie wytrzymuję radości, wychodzę na szpitalny korytarz, łzy same płyną. Muszę usiąść i nagle pustka…  ktoś mną potrząsa, woła po imieniu, czyżbym trochę… usnęła? Lekarka podaje mi jakiś gorzkawy płyn do wypicia i przykazuje iść do domu, przespać się, potem przyjść do Mamy – dodaje: „Nie martw się, wszystko będzie dobrze”.

Mama lepiej się czuje, jest blada, z trudem, ale uśmiecha się, chwilę rozmawiamy, słyszała co mówiła lekarka i też wygania mnie do domu. Pani doktor powtarza, abym poszła do domu, bo Mama dostała leki i teraz  musi odpocząć. Nie słucham jej, nigdzie nie idę. Jestem tam przez cały dzień do późnego wieczora. Mama śpi spokojnie. Budzi się kilka razy na chwilę, uśmiecha się na mój widok, delikatnie ściska moją dłoń i znowu zasypia. Lekarka mówi, że tak musi być „ Nabiera sił, odpoczywa i ty też musisz odpocząć, bo może być z tobą źle”.

W końcu idę do domu. Jest prawie północ, jestem sama, mąż musiał wyjechać służbowo, nie mógł tego przełożyć. Krótki telefon – z mamą lepiej, dbaj o siebie, jutro wracam. Kładę się w ubraniu na kanapie. Długo nie mogę zasnąć, w końcu zasypiam, ciężkim, trudnym snem. Podrywa mnie jakiś uporczywy dźwięk, w pierwszej chwili nie wiem co się dzieje, ale… tak, to telefon.

– Halo. Tak, to ja. Co! Jak to! Nie!!!

Dlaczego! Przecież było lepiej?! Dlaczego mnie przy Niej nie było?! Dlaczego poszłam do domu?! Jak mogłam?! Nigdy sobie tego nie wybaczę. Mama zmarła  o 1.23 w nocy. Niecałe dwie godziny była sama, beze mnie. Natychmiast znalazłam się w szpitalu. Sucha informacja – dyżurnej lekarki: „Odeszła we śnie, spokojnie, nie cierpiała”. Jak to?! Kiedy?  Dlaczego!!! Przecież miało być dobrze?! Przecież… czuła się lepiej…  co się stało…

Nie umiem sobie wybaczyć, że posłuchałam lekarki i poszłam do domu, że nie trzymałam Mamy za rękę,  może żyłaby… może jeszcze otworzyła oczy, a mnie przy Niej nie było… może… może…

Czas we mnie i wokół zatrzymał się. Nie umiałam płakać, mówić, myśleć. Przez długie miesiące niewiele z tych strasznych dni pamiętałam. Moi bliscy twierdzą, że zamieniłam się w robota, robiłam co trzeba, chodziłam do pracy, ale wszystko działo się gdzieś obok, poza mną. Nie pamiętałam wielu zdarzeń, pogrzebu, ludzi, siebie. W mojej świadomości nijak nie mógł zaistnieć fakt, że Mamy już nie ma. Jak to? Nie mogę przytulić się do Niej, porozmawiać, pośmiać się razem, zwierzyć, ani zadzwonić… do dzisiaj nie potrafię usunąć Jej numeru telefonu.

Są ludzie o sercach tak pięknych, że mieszkają w nich całe światy, moja Mama była taką Osobą. Ktoś, kto powiedział, że „ Droga ku Matce  jest początkiem szczęścia”, na pewno wiedział o czym mówi. Tę piękną drogę przebyłyśmy razem. Nigdy mnie nie zawiodła, nigdy nie ograniczała, ale umiała mądrze czuwać nade mną. To wielki trud i wielka miłość.

W końcu musiałam pójść do mieszkania Mamy. Weszłam, nie ma już miłego, znajomego zapachu Domu. Wszystko niby jest na miejscu – meble, książki, ubrania, drobiazgi, ale jakby inne i tylko ten stół, znajomy obrus w kwiatki, a na nim dwie, „jeziorowe” filiżanki. Wspomnienie naszych, radosnych, wspólnych chwil.

To dziwne, bo mam całe życie wspomnień o Mamie, z Mamą, mam listy, płyty, zdjęcia, wspólne słuchania muzyki, czytania, nauki, zabawy… wszystko – miłość, troskę i przyjaźń, ale to te filiżanki stały się dziwnie ważne. Teraz wszystkie są u nas, dbamy by się nie stłukły, zabieramy na nasze wakacyjne jeziora i na tym samym  stole, na tarasie ustawiamy  do śniadania. Czas mija, a jakby to wszystko było wczoraj, ostatniego lata, tu i teraz… Ten piękny, harmonijny Świat Natury nadal jest wokół i oby był zawsze.

Czarno-biały kociak – stał się dostojnym kotem.

Biało-czarny kot urósł i czasami wpada na taras, dostaje jakiś smakołyk i chyba nie wie, że jest powodem dobrych wspomnień. A może wie i dlatego przychodzi?

Czas nie ukoił bólu straszliwej straty, nic mądrego nie zrobił. Nie udaje mi się uwierzyć, że „czas leczy rany” – na razie niczego nie uleczył, może potrzeba więcej czasu. Nie umiem sobie wybaczyć, że nie było mnie przy Niej. Tylko niecałe dwie godziny i stało się. Myśl o Mamie jest we mnie zawsze. Czas chyba istnieje, bo ani my, ani czas nie potrafimy bez siebie żyć.

To nieco… filozoficzne zdanie przypomniało mi słowa piosenki zespołu Budka Suflera – „Martwe Morze”. Mama też lubiła ten zespół i tę piosenkę.

„… Tak przemijasz w miejscu

Spalasz się jak pustynny w słońcu głaz

Wszelki ruch to tylko pozór jest

Tylko czas do przodu gna…

Jeśli pośród naszych gwiezdnych dróg,

Pośród nieskończonych tras,

Gdzieś istnieje jeden,

Wieczny Bóg, to na imię ma on – Czas.”

Czy ten „Wieczny Bóg – Czas” to jest oszustwo i manipulacja nami? Kto to robi? Przecież godziny, sekundy, miesiące wymyśliliśmy sami. Może jest jeszcze ktoś we Wszechświecie, w Kosmosie kto dał się na to nabrać? Samotność we Wszechświecie to byłoby…  kolejne oszustwo. Mam nadzieję – jak pewnie cała ludzkość – że jednak nie jesteśmy sami.

Nie opuszcza mnie pytanie: dlaczego Mama wtedy, bez oporu, zgodziła się przyjechać? Wiele razy prosiłam, ale Mama zawsze jakoś wymigała się uśmiechem, obietnicą, że kiedyś przyjedzie. Czy coś przeczuwała? Na to pytanie i wiele, wiele innych nie mam odpowiedzi. Herbaciane róże już piąty rok będą tylko na grobie Mamy.

Ciągle uczę się godzić z tym, co i tak już jest nieodwracalne. Świat wtedy staje się bardziej przyjaznym miejscem, ale…

Reklamy

8 thoughts on “Moja Mama, jeziora, kot, czas i… filiżanki

  1. Piękny wpis i bardzo prawdziwy. Parę dni temu przyszło mi pożegnać mojego Tatę po ciężkiej chorobie. Jeszcze nie umiem pisać o Nim wspomnień, samo oglądanie zdjęć to ból, ale dzięki Tobie wierzę, że wrócą do mnie te piękna wspomnienia, że Jego obraz w mojej głowie to nie będzie tylko szpital, pogrzeb, ból.

    Lubię to

Zapraszam do rozmowy

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s