Eco-driving i… nie tylko

Co to jest ECO-DRIVING i jak się tego nauczyć? Ważne wieści dla kierowców i dla tych, którzy planują zostać kierowcami.  Od 1 stycznia 2015 roku obowiązują kolejne, nowe zasady egzaminowania kandydatów na kierowców. Te najważniejsze zmiany to:

  1. Egzamin teoretyczny będzie ważny bezterminowo – nareszcie mądra decyzja, ale trzeba pamiętać o tym, że przepisy co jakiś czas zmieniają się i musimy je znać;
  2. Dostępna, jawna baza pytań – to powinno być oczywiste zawsze i od dawna;
  3. Własne auto – można zdawać egzamin praktyczny używając swego samochodu – to też bardzo ważna i dobra decyzja, sądzę, że wiele osób zadowoli.
.... a może taki eco-driving?

…. a może taki eco-driving?

Są dwie nowości, które jednak budzą zastrzeżenia różnych ekspertów. Trzeba umieć jeździć ekonomicznie i ekologicznie – czyli eco-driving. Oznacza to sprawność odpowiedniego zmieniania biegów i hamowania silnikiem. Kuba Bielak z Akademii Bezpiecznej Jazdy uważa, że sprawdzenie tych umiejętności na egzaminie jest ryzykownym pomysłem. Zdający egzamin powinien zmieniać biegi na podstawie wskazań obrotomierza, co nie zawsze jest proste i wskazane. W czasie jazdy bywają różne sytuacje, a egzaminator może np. przyspieszenie wynikające z sytuacji na drodze, uznać za nie-ekologiczne i „oblać” delikwenta. Takiej wprawy można nabrać w miarę doświadczeń czyli jeżdżenia. Oczywiście dla własnego dobra warto się tego nauczyć. Opanować tę umiejętność można także na odpowiednich kursach doskonalenia jazdy np. w Akademii Bezpiecznej Jazdy. Polecam, bo można naprawdę wiele skorzystać i czuć się bezpieczniej na drodze.

Wiemy także, że na ekonomiczną jazdę ma wpływ wiele innych czynników m.in. także np. stan opon, ich jakość, odpowiednie ciśnienie, nawierzchnia, pogoda itp. Nie jest także możliwe określenie jednego,  zakresu obrotów najbardziej odpowiedniego dla każdego typu auta.

Kolejna ważna sprawa i pytanie: czy wszyscy instruktorzy jeżdżą eco-drive? Nie jestem pewna. Dlatego niezbędne będzie przeszkolenie instruktorów. Szkoły nauki jazdy są zainteresowane szkoleniem kandydatów na kierowców po jak najniższych kosztach, a te zmiany na pewno spowodują ich wzrost. Zapłacą oczywiście kursanci.

Inne zmiany mają być wprowadzone od stycznia 2016 r. Dla początkujących kierowców będzie obowiązek jeżdżenia autem z naklejonym zielonym listkiem na szybie. Jest to – moim zdaniem – dobry powrót do dawnego zwyczaju. „Zielony listek” na szybie jest sygnałem dla innych kierowców – „uwaga jedzie niedoświadczony kierowca”, ale młodzi już uważają, że to „obciach”. Moim zdaniem to żaden wstyd – też jeździłam z listkiem przez rok. To przede wszystkim większe bezpieczeństwo dla każdego początkującego kierowcy. Przynajmniej tak być powinno…

Następna zmiana dotyczyć będzie prędkości dozwolonych dla „świeżych” kierowców. W obszarze zabudowanym – nawet gdy jest taka możliwość! – nie będą mogli poruszać się szybciej niż 50 km/h; poza obszarem zabudowanym będą musieli ograniczyć prędkość do 80 km/h.

Niestety nie jest powiedziane jak to sprawdzać, na jak długo ma obowiązywać ten nakaz? Czy to byłaby ilość kilometrów przejechana bez mandatu i kolizji, czy np. rok jeżdżenia – w jaki sposób miałoby to być udokumentowane… Jest tu sporo niejasności.

Zmiana bardzo ważna i pożądana to egzamin z udzielania pierwszej pomocy. Przyszli kierowcy będą musieli umieć udzielić pierwszej pomocy osobom poszkodowanym na drodze. Umiejętność ta jest bardzo cenna – jak życie. Każdy wie, że w razie wypadku taka pierwsza pomoc często ratuje życie, zanim przyjedzie pomoc medyczna.

Zapraszam do wypowiedzenia się w ankiecie. Jestem ciekawa Waszych opinii 🙂

Zapraszam też do odwiedzenia innych tekstów dot. kierowców, dróg, brd, a także fajnych tekstów i… winie, np. T U T AJ a może zechcesz dowiedzieć się jakim jesteś WINOTYPEM  to KLIK T U T A J

Może zainteresuje Was jaki powinien być instruktor? KLIKNIJ TUTAJ

Warto też zajrzeć T U T A J    ZAPRASZAM MIŁO 🙂

 

Reklamy

Przedświąteczne dziwactwa

cropped-dsc098411.jpg

WITAJ na Mózgojazda

W przedświątecznym, jakby przyspieszonym czasie pojawiają się dziwne słowa. Reklamy są nie tylko bezczelne, bo jest ich stanowczo za dużo, ale bywają co najmniej dziwne i niezrozumiałe. Używane są słowa, które na pewno niewiele mają wspólnego z dobrą reklamą. Chyba pierwszy raz (a może mylę się) w reklamie znalazło się tzw. brzydkie słowo.

Otóż jakaś firma posłużyła się słowem „pierdut”. Słyszymy „pierdut” coś na półkę, „pierdut” coś dalej… Mówi to głos kogoś kto przesadnie wymawia literę „r”. Ta antyreklama powoduje, że nie ma się najmniejszej ochoty iść do tej firmy i kupować cokolwiek.

Zrobiłam test na kilkunastu osobach różnej płci i wieku. Dwie osoby nie słyszały tej reklamy, a reszta słyszała raz czy dwa. Od razu zwrócili uwagę na słowo i nie zapamiętali nic więcej. Nikt nie potrafił powiedzieć CO reklamuje ten tekst. Wszyscy stwierdzili, że to paskudna reklama i że ktoś kto wymyślił ten tekścik… kiepsko myślał.

Inna reklama budzi niesmak i zdziwienie. Na ekranie telewizora pojawia się jakiś facet, który udaje dziewczynę. Jest kiepsko ogolony – kilkudniowy, brzydki zarost – a na głowie ma jakąś blond perukę, tłuste te włosy, lepią mu się do twarzy, potrząsa nimi i co chwilę ta postać wykrzykuje „hellouuu!” Koszmarek! Nie wiem co reklamuje, ale to jest fatalny wybór dla reklamowania czegokolwiek. Takie są moje odczucia i tych samych kilkunastu osób, które spytałam o wrażenia.

Tyle o reklamowych dziwactwach, które należałoby pomnożyć przez wiele, wiele innych przedświątecznych handlowych dziwolągów. To oczywiście tylko maleńki promil tych „wspaniałych dzieł”. Szkoda, bo to na ogół miły czas, choć trochę zabiegany, do tego musimy znosić (czasem nie sposób tych tworów ominąć) czyjeś ciężko wymyślone reklamy i nie tylko… Być może to tylko my jesteśmy jakoś szczególnie przewrażliwieni, ale… chyba jednak tak nie jest.

Upieczesz sernik na Święta? Może… jeśli tak to TUTAJ jest przepis na fajny sernik

A tutaj coś o nieco zapomnianym winie Zapomniane wino, też może być miłe na ŚWIĘTA

Za kilka dni zapraszam na NOWOROCZNY WPIS o… bąbelkach J

 


Przeklinanie to… sztuka?

Nie do końca mam pewność czy słowo „sztuka” jest tu właściwe, ale jednak, po namyśle – może coś w tym jest.

Nasze mówienie to jak ubranie, które wkładamy codziennie i idziemy do ludzi. Możemy wyglądać elegancko, sportowo, na luzie, biurowo, spacerowo, seksownie – albo niechlujnie, odrażająco, banalnie, prostacko, byle jak, śmiesznie, groźnie…

Czy wybór ubrania i mówienia to sztuka?

Niewątpliwie sztuką jest wyglądać dobrze, stosownie do sytuacji i czuć się znakomicie we własnej skórze. Możemy kierować się tu własnym gustem, możliwościami, poczuciem estetyki, nastrojem w danej chwili. Możemy też skorzystać z porad fachowca od wizerunku, mody, albo poczytać na ten temat w niezliczonych publikacjach na temat mody, urody i savoir viwr’u. Zwłaszcza pomocne być tu mogą zasady savoir vivr’u czyli z francuskiego „znajomość życia”. OK, ale skąd czerpać wzorce dobrego, prawidłowego mówienia? Z mediów – nie radzę – choć niektóre dbają o dobry poziom języka. Z ulicy – ryzykowne, z pracy – różnie bywa, z kręgów towarzyskich – zależy kto, gdzie, kiedy. Może jednak z literatury, z dobrych felietonów, wywiadów z mądrymi i pieknie mówiącymi osobami, z filmów, z teatru… ale z tych dobrych.

Kody zachowań – jakie?                        

Dobre maniery, ogłada, orientacja przynajmniej w zakresie podstawowych form towarzyskich i grzecznościowych zachowań to właśnie ten, niby wszystkim znany, savoir vivre. Różne grupy społeczne mają własne kody zachowań. Trudność polega na tym jak je rozpoznać i czy chcemy do tychże norm-kodów zachowań zastosować się czy nie. Czy je polubimy, zaakceptujemy – czy odrzucimy, stworzymy własne i narzucimy je innym…

Kto, gdzie i dlaczego przeklina?

Na pytania „Kto?” i „Gdzie?” – odpowiedź jest jedna – Każdy i Wszędzie. Natomiast na kwestię „Dlaczego?” – nie mam odpowiedzi. Przeklinając lub nie kierujemy się podobnymi wskazówkami, które nam przyświecają ubierając się na co dzień. Ubieramy się także w słowa, myśli, oprócz gestów, głównie tym sposobem wyrażamy nasze emocje te dobre i te złe. Zależnie od tego w jakim towarzystwie znajdujemy się przeklinając można popełnić niewybaczalne faux pas, mocno obrazić kogoś, albo rozbawić.

Przeklinanie to sztuka?

Jeśli uznać, że to sztuka to kto jej uczy? Nikt. Tu jesteśmy wszyscy samoukami. Przeklinanie nie jest sztuką, ale jeśli na moment założymy, że jest sztuką to wobec tego kiedy nią się staje choćby na chwilę? Z mediów i osobiście znamy osoby, które przeklinają, ale ich znajomość języka polskiego jest znakomita, a pewna swoboda i swada, nietuzinkowa osobowość oraz umiejętność wprowadzenia do rozmowy wulgaryzmów wydaje się nie tak bardzo rażąca. Osobiście tego nie lubię, bo nie jest to ani ciekawe, ani efektowne, ani niezbędne.

Przeklinanie to przyzwyczajenie?

Nie wiem kto i dlaczego miałby przyzwyczajać się do ciągłego przeklinania. Idziemy ulicą i niestety wokół często słyszy się k… Przeklinają zwłaszcza młodzi i chłopcy i dziewczyny, ale starsi też nie są lepsi. Przekleństwo stosowane w rozmowie jak przecinek, przerywnik, jak „kupa śmiechu” jest nie do przyjęcia. To obrzydliwe. Z osobą, która tak mówi nie ma żadnej komunikacji. To niczemu nie służy. Świadczy natomiast o niemożliwości i nieumiejętności normalnego posługiwania się językiem, o braku nawet podstawowych słów niezbędnych do komunikowania się z innymi ludźmi. Według psychologii to także może być pewna forma natręctwa – to jest choroba, ale najczęściej przeklinanie to paskudne przyzwyczajenie. Dla takich osób to jest język normalny, a wulgaryzmy nie są wcale złem, bo dla nich są elementem każdej rozmowy, nawet ich nie zauważają. Na zwróconą uwagę nie za bardzo wiedzą o co chodzi i są oburzeni – „Ja przeklinam?!”. Wydaje się, że inaczej nie potrafią.

Co na to nasz mózg?

Mózg reaguje na nasze emocje. Prawa półkula mieści te emocje i w stresującej sytuacji nawet osoba, która nie używa przekleństw – po prostu soczyście zaklnie. Przypomnijmy sobie – np. na drodze kiedy jakiś kierowca nagle zajeżdża nam drogę nie używając wcześniej kierunkowskazu. Może tylko w myślach, bo na tylnym siedzeniu są dzieci, ale ulżymy sobie przeklinając delikwenta. To jakoś rozładuje napięcie, ale nikt nie słyszy i nikogo to nie urazi. Jeśli jednak puścimy „piękną wiązankę” głośno, to dzieci to złapią i nie ma rady – pobiorą odpowiednie nauki.

Wulgaryzmy to przemoc?

Oczywiście, że tak! To silna przemoc psychologiczna, deprecjonująca i poniżająca. Używana w stosunku do dzieci – zdaniem psychologów – pozostawia większe skazy w ich psychice niż przemoc fizyczna.  Była kiedyś kampania społeczna pod hasłem: „SŁOWA RANIĄ CAŁE ŻYCIE”. To prawda, bo złe słowa zapadają w nasze myśli, dusze i tam pozostają. Niezwykle trudno je zapomnieć.

Czasem myślimy, że tylko źli, brutalni ludzie mówią złym, wulgarnym językiem.  Niestety nie tylko. Gangsterzy, bandyci używają określonego języka i raczej nas to nie dziwi, choć „noga motyla” tu nie występuje. Raper też używa podobnego, ale to już nas nie zawsze bawi, ale jakoś akceptujemy, bo tłumaczą, że np. hip-hop to sztuka ulicy. Tylko czy akurat trzeba tu używać aż tak wulgarnego języka. Ulica to nie tylko zło i przemoc – dlaczego tylko to widzą w swoich utworach? Scenariusze filmowe – dialogi bywają uważane za dobre, bo aktorzy przeklinają – mówi się wtedy, że są „życiowe”. Często jednak są po prostu głupie, do niczego nie służą i widz jest zniesmaczony kiedy co drugie słowo jest wulgarne.

Komu i dlaczego jest potrzebny wulgarny język? Czy musimy przeklinać? Czy musimy znosić ludzi wulgarnych? Czy potrafimy przeklinać ze swadą, mieć styl, być w tym indywidualistami, być zabawnymi? Czy nie. Każdy to sam wie.

Zapraszam do głosowania na ten blog w konkursie BLOG ROKU  2014. Koszt sms 1,23 przeznaczony jest na rzecz FUNDACJI DZIECI NICZYJE. Dziękuję! 🙂

Dziękuję 🙂