DOBRE SŁOWA. Jakie? Kiedy? Dlaczego? Po co?

Znamy powiedzenie, że SŁOWO może zabić, też pewnie je znasz. Tak jak wszyscy znamy też DOBRE SŁOWA. Szukamy dobrych słów w sobie, w innych, dla siebie i dla tych, którzy wg nas zasługują na nie od nas. Czy to tak działa? Pewnie nie zawsze…

Ten wstęp piszę, aby opowiedzieć pewne zdarzenie, które wydaje się dość niezwykłe. Może kiedyś występowało częściej, ale teraz chyba rzadko…

Jadę autem po drodze ekspresowej, jest tuż przed południem, upalnie, pustawo. Mam przed sobą jeszcze ponad 100 km. Wyjechałam rano i mam chęć na małą przerwę, kawę… jest jakiś niewielki zajazd, nieco poza drogą, ale zajeżdżam. Pusto, jakby nieczynny, ale na parkingu stoją dwa auta. Przechodzę obok nich i nagle! słyszę dziwny odgłos, chyba z auta. Nasłuchuję…  Zaglądam do auta, a tam na tylnym siedzeniu leży spory, 20160402_145522młody pies. Zapukałam w szybę pies nie reaguje, próbuję otworzyć drzwi auta – zamknięte. Widzę, pies ledwie dyszy. Biegnę do zajazdu – drzwi pozamykane, nikogo nie widać. Upał wielki! Jakieś boczne drzwi otwarte, wbiegam, wołam… nic, nie ma nikogo. Biegnę na tyły budynku, też nie ma nikogo! Pusto. Czyje te auta?

Wracam do psa. Wołam do niego, leży na tylnym siedzeniu i chyba… śpi, albo kona!!!  Dzwonię na policję – zajęte. Krzyczę… raczej do siebie, że przecież ten pies umrze! Jest straszny upał, a tu nie ma nikogo! Wiem, że jest takie prawo, że mogę zbić szybę i uratować psa! To mi już chwilę wcześniej przyszło do głowy, ale nie chciałam tego robić, bo to dla kogoś straty… kłopot. Poza tym trochę bałam się co będzie dalej, nigdy nie byłam w takiej sytuacji ale… nawet jak będę musiała zapłacić za tę szybę to muszę to zrobić.

Szybko zaczęłam szukać w swoim aucie czegoś czym mogłabym zbić tę szybę – mam przecież podnośnik. Biorę, idę do psa, a on już nie reaguje na nic… Uderzam w tylną – mniejszą szybę – raz, nie udaje się, drugi też nie. Trzeba mocniej. Włącza się alarm. Uderzam – zbiłam szybę w aucie obcym ludziom! Kara mnie nie minie, ale co tam…

Straszny zaduch bucha z kabiny auta. Koszmarne wrażenie! Pies, pies, co z nim! Otwieram drzwi. Lecę do mego auta po wodę mineralną. Dotykam psa, głaszczę i podaję na dłoni wodę, otwiera oczy, zamyka, mocno wciąga powietrze i już czuje wodę… jeszcze chwila – pije! Jeden łyczek, drugi… już nie… Próbuję mu pomóc wyjść, nie daje rady. Biorę go na ręce i zanoszę na trawę pod drzewem –  tu jest cień. Podaję znowu wodę na dłoniach, pije, lekko opryskuję go wodą, sapie… patrzy na mnie. Piękne oczy, śliczny pyszczek. Usiadłam obok niego, czekam aż będzie lepiej.

Słyszę głosy: Nero! Nero! Dwoje dorosłych i dwóch chłopców – zziajani, umęczeni… Poszli do lasu, byli daleko od auta, szli już ponad godzinę kiedy zauważyli, że nie ma psa. Zaczęli go wołać, bo byli pewni, że wyskoczył z auta – jak ponoć miał w zwyczaju – i gdzieś od razu pobiegł. Szukali, wołali chodząc po lesie… drugą godzinę. Postanowili wracać na parking. Byli pewni, że pies zgubił się i może tu wróci. Zobaczyli tę stłuczoną szybę i po chwili psa pod drzewem. Zrozumieli. Zaskomlał na ich widok, ale nie miał siły podnieść się.

Chłopcy płaczą, mama też, tata zaczyna psa „zbierać”. Wziął go na ręce i pośpiesznie niesie do zajazdu. Wszyscy za nim, ja też. Pies poleżał, popił wody, odżył, już ma się lepiej. Trwało to prawie godzinę.

Dopiero teraz zrozumieli, że to ja uratowałam Nero.  Rzucają się, by mi dziękować… szyba! Bałam się jakiegoś ataku z ich strony, mówię, że zapłacę… ale oni… to nic – mówią – przecież dzięki temu Nero żyje! Szyba to drobiazg! Okazuje się, że to właściciele tego małego zajazdu. Nie mają wielu gości, zostawili kucharkę na gospodarstwie i poszli do lasu na grzyby.

Usłyszałam wiele dobrych słów, ale jedno zdanie, które powiedział młodszy z synów spowodowało, że i mnie się łezka zakręciła: „Pani jest aniołem Nero i naszym aniołem.” Mama przytaknęła: „To prawda! Dziękujemy!” Uśmiechy, radość, że Nero żyje.

Zostałam miło ugoszczona kawą i domowym ciastem, ale przede wszystkim DOBRYMI SŁOWAMI. Zanim odjechałam Nero przyszedł  sam do nas, powąchał mnie, spojrzał, zamerdał ogonem, delikatnie szczeknął i dał się pogłaskać. Cała piątka odprowadziła mnie na parking. Machali na odjazd… a Nero po prostu patrzył na mnie i oczami mówił DOBRE SŁOWA. Wiem, że tak mi dziękował.

Byłam szczęśliwa, że tak to wszystko się skończyło, nie oceniam ich postępowania z psem, ale jednak idąc do lasu warto psa trzymać na smyczy, bo może się naprawdę zgubić. Jakie to szczęście, że akurat tu się zatrzymałam, bo chciałam odpocząć i napić się kawy… przypadek.

Reszta podróży upłynęła mi jakoś szybko i miło, bez przygód. DOBRE SŁOWA, a nie np. złość i awantura o stłuczoną szybę, dodały mi wiary w… DOBRE SŁOWA. Bo słowa potrafią natchnąć nadzieją, optymizmem, nastawić nas pozytywnie do świata i ludzi.

Wszyscy musimy uważać na słowa, bo mogą być bardzo złą bronią. Niestety ostatnio w naszym kraju jest potwornie dużo bardzo złych słów. Po co? Dlaczego? Jak długo jeszcze będziemy zmuszani tego słuchać?! NIE POZWALAJMY – MÓWMY DOBRE SŁOWA. ZACZNIJMY OD DZISIAJ – dlaczego nie?


Piękna Pani Jesień czy… mamy przechlapane?

Kasztany, kasztany…

Ależ piękne kolory! To właśnie Pani Jesień.

Jesień – czy można jej nie lubić, albo udawać, że jej nie ma – nie, bo jest. Podobno każdy z nas najbardziej lubi tę porę roku, w której urodził się – jestem jesienna.  Może to prawda, bo lubię tę porę roku.  Jesień jest taka… bujna, pełna pewności siebie, może dlatego spokojna, daje światu tyle wspaniałych owoców, kolorów, obietnic. Ciągle jeszcze mamy tyle pięknych, czerwono-złotych i ciepłych dni.

Jednak bywa też inaczej – trudno polubić jazdę autem po świecie zachlapanym błotem i deszczem, bo przecież za chwilę  przyjdą dni słotne, ciemne, krótkie i zimne.

Czy kiedykolwiek zapytaliśmy siebie – czy potrafię jeździć w deszczu? W czasie deszczu, nie tylko „dzieci się nudzą” my także mamy w sobie pewną… jesienną melancholię, a na drogach wzrasta nawet kilkakrotnie ilość stłuczek i wypadków. Wielu kierowców dostosowuje prędkość do gorszych warunków jazdy, jednak nie zawsze oznacza to, że akurat ta szybkość jest bezpieczna w tym momencie.

Policja twierdzi, że brak wyobraźni i doświadczenia kierowców, nadmierna prędkość, zbyt mały odstęp między pojazdami, a także zły stan opon to m.in. powody przykrych, jesiennych zdarzeń drogowych. Moim zdaniem to wszystko jest ważne o każdej porze roku, ale jesienią i zimą jazda bywa szczególnie mozolna i… mokra, a zwykle jechać trzeba. Na przykład zaparowane szyby. Super gdy mamy klimę, wystarczy kilka chwil i szyby są śliczne, ale gdy brak klimy to trzeba okienka otworzyć, a jeśli leje jak ostatnio nad Stadionem Narodowym – to… mamy przechlapane…

Czy pamiętamy co to jest  aquaplaning? Na mokrej jezdni zaczyna się gdy poczujemy luz w kierownicy, wtedy  nie wolno nagle hamować, ani kręcić kierownicą. Kiedy tylne koła zablokują się trzeba zrobić kontrę kierownicą i mocniej  dodać gazu, aby zapobiec zmianie kierunku jazdy auta. Nie wolno hamować! Kiedy już dojdzie do utraty przyczepności pojazdu (przednie koła) trzeba błyskawicznie zdjąć nogę z gazu i starać się utrzymać prosty tor jazdy. Wszystko to jednak są sekundy…  Tyle wiem z praktycznej nauki jak wyjść z poślizgu, ale trzeba to poćwiczyć na placu, aby wyrobić w sobie pewne odruchy w określonej sytuacji. Nie jest to łatwe, ale można nauczyć się.  Mnie udało się, kiedy wpadłam w wielką, kałużową dziurę – potem reakcja była też… mokra, czyli wielkie łzy szczęścia, że udało się wyjść z opresji. Pamiętajmy też o ciężarówkach – strasznie chlapią, mijając je mamy pewność, że za moment szyby będą nieomal czarne – warto więc zawczasu włączyć wycieraczki.  Szerokiej drogi… bez deszczu, mgieł i stresu!