WIOSNA! ZADBAJ O SIEBIE

Już WIOSNA!

Tekst niżej jest autorstwa Jeana Marca Dupuis.  To ważny artykuł dla każdego z nas kto chce zrozumieć siebie, zadbać – ale tak naprawdę zadbać i zmienić na lepsze – o zdrowie swoje i swoich bliskich.

Zapraszam Cię do przeczytania i przemyślenia, bo jak wiadomo… zdrowia nie zyskuje się, łykając pigułki, ale zgłębiając działanie i potrzeby własnego organizmu oraz dostosowując swój tryb życia, odżywiania się, swoich zajęć, swojej pracy, a nawet swoje relacje i rozrywki do wymogów zdrowego życia.” Napisał Jean Marc Dupuis.

Zapraszam też do zajrzenia T U T A J, a także  T U T A J  bo przecież nieomal za chwilę mamy MAJÓWKĘ!

O tym, że WIOSNĄ trzeba się zakochać napiszę za dwa dni – zapraszam 🙂

*************

Artykuł pochodzi z newslettera Poczta Zdrowia, przekazującego najnowsze, potwierdzone badaniami naukowymi, informacje o naturalnych metodach leczenia i zapobiegania chorobom. Można go zaprenumerować bezpłatnie na stronie http://www.PocztaZdrowia.pl.

************************************

Leczenie holistyczne

Szanowny Czytelniku,

jakiś czas temu pozytywnie wyraziłem się o medycynie konwencjonalnej.

Dziś pozwól mi wspomnieć o jej problemach i ograniczeniach.

Medycyna konwencjonalna została zorganizowana jak zaangażowana w walkę na śmierć i życie z chorobami armia.

Działa tak, jak gdyby choroby były swego rodzaju obcymi wojskami starającymi się za wszelką cenę zaatakować ludzkość.

Wygląda to tak, jakby z jednej strony barykady stali „dobrzy” ludzie, który chcą tylko żyć w dobrym zdrowiu; z drugiej zaś czaiły się złe mikroorganizmy, wirusy, guzy, uszkodzone geny i wszelkiego rodzaju zarazki, które starałyby się sprowadzić na nich chorobę.

Poprzez szczepienia i lekarstwa, medycyna konwencjonalna udaje, że buduje wokół zasieki, które ochronią ludzi przed wszelkimi niebezpieczeństwami, w tym także przed skutkami ich własnego postępowania.

Jej wymarzonym celem jest stosowanie globalnych, uniwersalnych rozwiązań, które umniejszają wpływ jednostki na własne zdrowie przy jednoczesnym maksymalnym rozszerzeniu ochrony.

Medycynę przedstawia się więc jako wielką walkę między siłami zła i dobra, w której zło to choroby, a dobro, w tej perspektywie, to lekarstwa.

W istocie medycyna konwencjonalna również niesie ze sobą straszliwe negatywne skutki, czyli uboczne działania niepożądane, których tak zwani eksperci nie są w stanie wziąć pod uwagę, podobnie jak nie zauważają czynnika ludzkiego oraz mentalności i pragnień ludności, która miałaby z osiągnięć tej medycyny korzystać.

Pomijanie ludzkiego wymiaru medycyny

Medycyna konwencjonalna zapomniała, że zajmuje się istotami ludzkimi, które mają swoje emocje, jakąś „psyche” (ducha), osobiste problemy, które często stanowią podstawową przeszkodę w powrocie do zdrowia, ale które stają się najlepszymi sprzymierzeńcami medycyny, kiedy weźmie je pod uwagę.

W rzeczywistości, obecnie, kiedy zwyciężona została większość chorób zakaźnych, najgorsze choroby, na które cierpi człowiek, funduje on sobie sam lub jemu podobni, bezwiednie, a jeszcze częściej: umyślnie.

Tytoń, alkohol, cukier, jedzenie śmieciowe, brak ruchu, wszelkie narkotyki i zanieczyszczenie środowiska naturalnego to główne czynniki, które sprawiają, że ludzkość cierpi na choroby fizyczne.

W następnej kolejności mamy toksyczne relacje osobiste, zawodowe i społeczne, które ciągną za sobą cały orszak depresji, samotności, samobójstw, przemocy, urazów psychicznych, anoreksji, bulimii, chorób przenoszonych drogą płciową, i którym, jakby przypadkiem, zazwyczaj towarzyszy obniżenie ogólnej odporności organizmu i zwiększone ryzyko zachorowań na choroby zakaźne (mówi się dziś np. o powrocie gruźlicy, syfilisu czy rzeżączki we Francji).

Medycyna konwencjonalna najchętniej chciałaby „zająć się” pacjentami w sposób czysto „medyczny”, stosując tylko lekarstwa i zabiegi. A ludzkie problemy przekazać pracownikom pomocy społecznej i psychologom.

To jest oczywiście mylna wizja, o katastrofalnych wręcz skutkach.

Katastrofalnych, gdyż w ten sposób medycyna przyklejałaby tylko plaster z opatrunkiem na drewnianą nogę, jednocześnie odmawiając zobaczenia i zajęcia się prawdziwymi przyczynami złego samopoczucia i chorób.

Przyczyny te występują w samych ludziach, wynikają z ich trybu życia, z dokonywanych wyborów.

Rozwiązania trzeba szukać w relacjach ludzkich i w pracy nad sensem życia.

„Dlaczego chcesz wyzdrowieć?”

Wielu praktyków medycyny konwencjonalnej ma poczucie absurdu w swojej pracy.

W czasie studiów mnóstwo czasów poświęcają na wypełnianie testów wielokrotnego wyboru. Wydział medycyny uczy ich coraz częściej podejmowania decyzji na temat leczenia zgodnie ze znormalizowanymi „drzewami decyzyjnymi”. W obydwu przypadkach do pracy zaprzęga się ich pamięć, nie zaś rozumienie.

Po rozpoczęciu pracy lekarza, stają w obliczu wykonywania niezwykle powtarzalnych zadań, co wielu z nich źle znosi.

Zwłaszcza, jeśli mają przepisać:

  • leki przeciwcholesterolowe osobom odżywiającym się zbyt tłusto,
  • leki przeciwcukrzycowe osobom spożywającym zbyt wiele cukru,
  • antybiotyki osobom, które nie stosują podstawowych zasad higieny,
  • leki nasenne osobom, którym zatarł się podział między dniem a nocą,
  • leki przeciwdepresyjne osobom, którym życie wymknęło się z rąk i które mają wszelkie powody do tego, by czuć smutek,
  • bisfosfoniany (lekarstwa na kruche kości) osobom, które nie uprawiają aktywności fizycznej, i których kości, jak mięśnie, gasną w naturalny sposób,

lub zdiagnozować:

  • choroby serca i nowotwór płuc u nałogowych palaczy,
  • marskość wątroby u osób, które zbyt wiele piją,
  • nadciśnienie u osób, które jedzą zbyt wiele i zbyt mało się ruszają.

Wielu lekarzy ma czasem wrażenie, że każe im się wykonywać jakieś absurdalne czynności i często mają rację.

Niektórzy chorzy uważają, że medycyna konwencjonalna to niebezpieczna pułapka

„Coś przecież musimy zrobić” powtarzają sobie, by uciszyć swoje wątpliwości. „Mimo wszystko, nie możemy pozostawić naszych pacjentów w tym stanie.”

Ale prawda, nawet jeśli trudna do przyjęcia, jest taka, że wszyscy ci pacjenci uważają, że medycyna i „piguły”, to dla nich pułapka, która stwarza iluzję, że mogą dalej żyć tak, jak żyli, bez żadnych zmian, choć byłyby one pilne i niezbędne.

Środki medyczne stosowane są po to, by uniknąć kwestionowania i zmiany ich trybu życia, podczas gdy tylko taka zmiana mogłaby przywrócić pacjentom zdrowie.

W takim przypadku medycyna działa wbrew dobru chorego.

Niektórzy wręcz oskarżają lekarzy, że czasem są w takiej sytuacji jak „dilerzy w białym fartuchu”1, chronieni przez prawo i finansowani przez system ubezpieczeń społecznych.

Obraz ten jest mocno przesadzony, ale prawdą jest, że system leczenia jakby zwariował. Uruchamia zalew kupowania i konsumpcji leków, umyślnie zamykając oczy na przyczyny problemu.

Leki syntetyczne nie są rozwiązaniem.

Problem tkwi w powszechnym systemie zdrowotnym. Opiera się on często na kilkunastominutowej wizycie lekarskiej i nie stanowi dobrze dobranej i realnej odpowiedzi na problemy pacjenta.

Jeśli tak będzie dalej, wydatki na leczenie będą dalej rosły w zastraszającym tempie bez skutków w postaci długoterminowej poprawy stanu zdrowia ludności.

Tej inflacji wydatków na leczenie towarzyszy coraz gorsza obsługa. Mówi się już nie tylko o „brakach wśród lekarzy”, „lekarskich pustyniach” czy „kolejce w szpitalnych oddziałach ratunkowych” (czy w ogóle można jeszcze mówić o „oddziale ratunkowym”, skoro czas oczekiwania na przyjęcie przez pielęgniarkę wynosi kilka godzin?).

Stąd tak pilne stało się masowe włączenie medycyny naturalnej i holistycznej do naszego systemu opieki zdrowotnej. Moim zdaniem to jedyne wyjście pozwalające uniknąć zbiorowej katastrofy.

Włączenie medycyny naturalnej do naszego systemu opieki zdrowotnej

Medycyna „naturalna”, której bronimy w Poczcie Zdrowia, nie jest medycyną odrzucającą postęp medyczny, która utrzymywałaby (wbrew wszelkim dowodom), że gruźlicę lepiej leczyć tradycyjnymi sposobami (polegającymi na przebiciu płuca chorego i przywiązaniu go do łóżka na słońcu).

Gruźlicy nie leczy się witaminami. Leczy się ją stosując izoniazyd, ryfampicynę, etambutol oraz pirazynamid, antybiotyki, które zastąpiły streptomycynę i które prawie zawsze wykazują skuteczność w leczeniu pierwszego rzutu.

Nasza medycyna naturalna to medycyna, która traktuje każdego pacjenta jak pełnoprawnego człowieka, który jest w stanie zrozumieć, co się z nim dzieje, przemyśleć przyczyny swojego stanu i rozważyć różne sposoby leczenia, by podjąć inteligentne decyzje. Człowieka, który bierze w swoje ręce własną wolność i odpowiedzialność.

Oznacza to, że zdrowia nie zyskuje się, łykając pigułki, ale zgłębiając działanie i potrzeby własnego organizmu oraz dostosowując swój tryb życia, odżywiania się, swoich zajęć, swojej pracy, a nawet swoje relacje i rozrywki do wymogów zdrowego życia.

Wszystko to oczywiście wymaga dużego zaangażowania. Trzeba poświęcić czas na czytanie, myślenie, co często długo trwa i jest nużące (ten artykuł jest tego najlepszym dowodem – brawo dla tych z wszystkich, którzy dobrnęli do jego końca!). Trzeba także przyjąć, że nie zawsze wszystko da się zrozumieć za pierwszym razem.

To powód, dla którego publikujemy liczne numery prezentujące często różne poglądy i podejścia.

Droga otwartości, dialogu i poszukiwania to najpewniejsza droga do postępu. To jedyna droga do tego, by czasem zostać mile zaskoczonym. Pozostań uważny. Aktywny. Zaangażowany.

Do Ciebie należy wybór, czy chcesz w tę drogę pójść dalej ze mną. Wiem, że nie jest to łatwe. Rozumiem, że często wolałbyś, tak jak i ja, żeby wszystko było prostsze.

Ja, z mojej strony, nie mogę się powstrzymać i będę dalej drążyć. Na tym polega pasja. Być może Ty też tak masz. W każdym razie, na to liczę.

Zdrowia życzę,
Jean-Marc Dupuis

***********************

Gratulacje, bo, jeśli to czytasz to znaczy, że wiesz już co robić. Pozdrawiam Cię miło 🙂

Oszukują? Nie daj się!

Autorem tekstu niżej jest Jean Marc Dupuis – mam nadzieję, że przyda Ci się kiedy znowu znajdziesz się w jakimś markecie. Uważaj!

Jeziorko Czerniakowskie. Tu jest Rezerwat Przyrody - niby-jest... Podobnie wygląda część eko produktów, które jemy - nie są eko.

Jeziorko Czerniakowskie. Tu jest Rezerwat Przyrody – niby-jest… Podobnie wygląda część eko produktów, które jemy – nie są eko.

Moje przemyślenia są podobne i co nieco dodam od siebie. Niestety jest wiele „pyszności” których nie mogę jeść – alergia. W związku z tym szukam określonych produktów – przede wszystkim m.in. bez glutenu, soi i bez laktozy. Zanim kupię studiuję pilnie etykiety i wszelkie „ingrediensy”, bo jeśli popełnię błąd to pojawią się nieproszone problemiki, albo nawet problemy. Biorę więc z półki np. coś co nazywa się „ekologiczne” i „wolne od glutenu” i co widzę na końcu etykiety – napisane chyba najmniejszą czcionką: „produkt może zawierać śladowe ilości glutenu, orzechów i soi”. Tak to niestety wygląda – absolutnie nie można zaufać, wszystko trzeba czytać dokładnie jak jakąś umowę np. z bankiem, bo po prostu jesteśmy często uszukiwani.

Poczytaj proszę – dla własnego dobra. Zapraszam 🙂

 

 

„Jak się bronić w supermarkecie?

Szanowny Czytelniku,

osoby, które nie jadły herbatników marki Prince od lat 80. ubiegłego wieku, będą zaskoczone konsystencją Prince’ów nowej generacji: kruszą się, nie są odżywcze, przypominają styropian i są o wiele słodsze.

W rzeczywistości obecne herbatniki Prince są o wiele lżejsze niż wcześniejsze i nie mają takiego samego składu. Na przykład jeszcze do lata 2008 r. słynne opakowanie Prince’ów LU ważyło 330 g, a we wrześniu, na rozpoczęcie kolejnego roku szkolnego ważyło już tylko 300 g, choć cena pozostała ta sama.

Czekolada, która niegdyś wypełniała te ciasteczka aż po brzegi, obecnie jest tylko małym krążkiem w środku, ledwie większym od monety 2 euro.

Na opakowaniu nie ma już zresztą napisu „Prince czekoladowe”, tylko… „o smaku czekolady”.

Tak samo jak pizza w supermarkecie, dawniej z serem, obecnie z „mieszanką serową”. Wyobraź sobie włoską mammę w kuchni, ze wszystkimi probówkami.

Możesz szukać do woli, na opakowaniu francuskiego „jogurtu” „Panier de Yoplait” nie znajdziesz słowa „jogurt”. To prawda, że zawartość tych opakowań nie ma nic wspólnego z jogurtem i zasługuje jedynie na zapisaną małym druczkiem nazwę „specjalność mleczarska aromatyzowana o smaku owocowym”:

Na forach internetowych konsumenci są zgodni, że produktem, który doznał największego pogorszenia poza Prince’ami, jest Danette.

Są także Marsy: nowa formuła Marsów wprowadzona w 2007 r. rzekomo, aby „dostosować się do nowych oczekiwań konsumentów”, straciła 16% na wadze, choć cena pozostała ta sama.

Zabawa rozmiarem

Firma Danone wymyśliła dość przebiegłą strategię dla swoich deserów mlecznych:

W czteropakach słoiczki deseru waniliowego lub czekoladowego ważą 125 g. W opakowaniach zbiorczych dwunastu lub szesnastu sztuk pojedyncze słoiczki ważą już tylko 115 g. „Zmniejszenie opakowań, to zmniejszenie ilości kalorii” – tłumaczy Danone.

Innymi słowy: „Przerobiliśmy Cię,… ale to dla Twojego własnego dobra! Dzięki temu zjesz mniej naszych niezdrowych produktów”.

Ryba w panierce: gdzie jest ryba?

Kiedy byłem mały, mama czasem robiła na obiad rybę w panierce (taką z oczami po jednej stronie…). Bardzo dobrze pamiętam, że kiedy ją „otwierałem”, widać było jakby blaszki, jak w prawdziwej rybie. Dziś tego rodzaju produkty wytwarza się z przemielonych resztek ryby.

Rybne „pulpety” z mojego dzieciństwa, niegdyś prostokątne, zastąpiono „paluszkami”, co pozwala wykorzystać proporcjonalnie dużo więcej panierki i… mniej ryby.

Jeszcze inne „sztuczki” przemysłu
rolno-spożywczego

Batoniki zbożowe w rodzaju znacznie „schudły”. Mają o wiele więcej miejsca w swoim opakowaniu, które pozostało takie samo.

To, że ser jest w kształcie typowym dla sera koziego (rulonik, piramidka…), nie oznacza że jest to ser z mleka koziego! Wiele serów kozich wytwarza się z mleka krowiego aromatyzowanego mlekiem kozim.

W przypadku wielu marek objętość butelek wody mineralnej zmniejszyła się z 1,5 l do 1,25 l, a z 1 l do 0,75 l.

Cukier puder, sprzedawany zwykle w opakowaniach półkilogramowych, dziś pakuje się w plastikowe kolorowe torebki lub tuby. Są o wiele bardziej praktyczne, łatwiej jest sypać cukier, jest w nich nawet dozownik… ale tylko 400 g cukru.

W opakowaniach L’Or intense marki Carte Noire jest tylko 16 porcji kawy zamiast wcześniejszych 18… ale wygląd opakowania i cena pozostały bez zmian.

Nestlé a konsumenci-dyslektycy

Wiesz, co to dysleksja – krążące w społeczeństwie zaburzenie polegające na zamienianiu miejscami liter.

Zdaje się, że jakiś as marketingu z firmy Nestlé wymyślił, jak wykorzystać ten deficyt.

Tabliczka gorzkiej czekolady Nestlé Noir Dessert, która istniała na rynku od 1971 r., w 2013 r. zmieniła wagę z 250 g na 205 g. Sprytna zmyłka! Nestlé ma z tego podwójną korzyść: oszczędza na czekoladzie i wymusza na Tobie kupno dwóch tabliczek zamiast jednej, ponieważ większość tradycyjnych przepisów zostało opracowanych na 250 g czekolady! To po prostu genialne.

Producent czekolady Côte d’Or także się postarał. Tabliczki gorzkiej czekolady Noir Orange o zawartości 70% kakao zostały dyskretnie zmodyfikowane w 2014 r.:, a obrazek na opakowaniu (z pomarańczą) pozostał ten sam. Ale gdzieś zniknęło „70%”. Praktycznie trzeba mieć lupę, żeby zorientować się, czytając listę składników, że w składzie pozostało już tylko 56% kakao.

Opakowania: oszczędności kosztowne dla środowiska naturalnego

Pod pretekstem „zachowania świeżości”, Twoje ciasteczka, np. herbatniki, są w większości pakowane w folię plastikową po kilka sztuk.

Ze świadomością, że te indywidualne opakowania same są zapakowane w plastikową rynienkę, która z kolei jest zapakowana w kartonik, dodatkowo jeszcze zafoliowany… dopełniasz swój kosz na śmieci dla nędznych kilku herbatników, podczas gdy wokół ciągle słyszysz o potrzebie bycia eko i ochronie naszej planety.

Były zwolennik „równowagi”, obecny Czytelnik Poczty Zdrowia

Dawny zwolennik „równowagi” napisał do mnie tak:

„Zajmowałem stanowisko w dyrekcji generalnej jednej z wielkich marek artykułów gospodarstwa domowego: te praktyki są częste. Przykład: produkt do zmywania ręcznego składa się przede wszystkim z wody, czynnika myjącego na bazie detergentu lub teepolu (składnik aktywny, najdroższy w całym składzie), barwnika i odpowiadającego mu aromatu (barwnikowi żółtemu będzie towarzyszył aromat cytrynowy, zielonemu – aromat sosnowy…). W fazie wypuszczania produktu na rynek producent będzie hojnie dodawał czynnika myjącego i naprawdę odtłuszczającego. Konsumenci stwierdzą, że produkt jest świetny i że wspaniale odtłuszcza. Ale zdobywszy raz zaufanie konsumentów, producent zacznie oszczędzać na recepturze, stopniowo zmniejszając ilość detergentu. Ci najbardziej przebiegli posuwają się do dodania do składu środka spieniającego, który praktycznie nic nie kosztuje, ale dzięki któremu osobie zmywającej wydaje się, że ten produkt nadal „świetnie działa”!

Jeszcze jeden wybieg: kiedyś butelki z płynem do zmywania były okrągłe, o pojemności jednego litra. Po spłaszczeniu opakowań, ich pojemność zmniejszyła się do 750 ml. Dzięki temu, jest więcej miejsca na widocznej części etykiety (facing), by wychwalać zalety nowego produktu! Jeszcze bardziej skuteczny jest „efekt kropli wody”: butelka tego kształtu sprawia wrażenie, że wewnątrz jest więcej produktu, dzięki efektom powiększającym.

No i wreszcie kwadratowe opakowania chusteczek higienicznych, które sprzedają nam, tłumacząc, że nowy format „lepiej mieści się w kieszeni”. Rzeczywiście, zajmuje mniej miejsca, to jasne, ale jest w nim tylko 9 chusteczek zamiast wcześniejszych 12, i to mniejszych, co sprawia, że szybciej się je wyrzuca.

To, co opowiedziałem o produktach spożywczych, sprawdza się więc również w przypadku artykułów gospodarstwa domowego.

Jak się bronić?

Moja technika samoobrony w supermarkecie jest więc bardzo prosta: kupować tylko nieprzetworzone produkty, najbliższe postaci źródłowej.

Sam je wymieszasz, przygotujesz i ugotujesz, wiedząc, co jest w ich składzie.

Cena wielu produktów wydaje się ta sama co kiedyś. Ale w przypadku większości artykułów otaczających nas w codziennym życiu, jakość się pogorszyła: meble z płyty wiórowej, rury hydrauliczne z plastiku, narzędzia metalopodobne, lampy cynowe, syntetyczne dywany i wykładziny, nie wspominając nawet o dresach i adidasach, które nosi wiele osób.

Wyliczając zmiany cen, producenci najczęściej nie biorą pod uwagę jakości.

Uważają na przykład, że cena samochodów się nie zmieniła, podczas gdy dzisiejsze samochody z plastiku i wytwarzane przez roboty powinny być dużo tańsze niż dawne samochody z metalu, drewna, skóry albo tkaniny, które w dużej mierze były wytwarzane ręcznie.

To samo w przypadku warzyw: to pokrętne mówić, że ich cena się nie zmieniła, gdyż kosztują tyle samo co u ogrodnika trzydzieści lat temu, który uprawiał je z miłością i oddaniem, skoro te kupowane dziś z upraw przemysłowych są wodniste, włókniste i mdłe…

Zdrowia życzę,
Jean-Marc Dupuis „

mmm… jaka pyszna KAWA…

Wiking przygląda mi się, bo piję kawę!

Wiking przygląda mi się, bo piję kawę!

Są wśród nas „kawiarze” i „herbaciarze” – obu płci oczywiście ;). Jedni są nieprzejednanymi fanami kawy, a inni tak samo upartymi amatorami herbaty.  Jest też wiele osób, które lubią pić i kawę i herbatę.

DO KTÓRYCH ZWOLENNIKÓW ZALICZASZ SIĘ? Lubisz kawę czy wolisz herbatę, a może żaden z tych napojów ci nie pasuje…  zdradź mi proszę…

Jestem zdecydowaną „herbaciarą” – mam swoje ulubione mieszanki, ale chętnie pijam czasami dobrą kawę. Najlepsza wydaje mi się espresso, z odrobiną cynamonu, a jeśli do tego jest kawałeczek gorzkiej czekolady… pycha.

Trudno mi zaakceptować herbatę czy kawę pitą w plastikowych kubkach – to nie jest miłe, a raczej rzeknę, że to jest bardzo niemiłe. Moim zdaniem, jeśli to ma być przyjemność –  zarówno kawę jak i herbatę pijmy tylko w filiżankach. Trochę inne do kawy – inne do herbaty. To tak jak z winem – pite np. w kubku, czy w szklance – absolutnie NIE – wyjątkowo –  np. na biwaku pod namiotem, nad jeziorem przy ognisku… ach moje wspomnienie lata klik tutaj ;). Wiadomo – wino to tylko w kieliszkach, kielichach – różne do różnych win.

Wracając do KAWY – p. Jean Marc Dupuis pisze o najnowszych wynikach badań, które fanom kawy dają ważne i przekonujące argumenty.

Zapraszam do poczytania, bo to interesujący, fajnie napisany i ważny tekst.

Artykuł pochodzi z newslettera Poczta Zdrowia, przekazującego najnowsze, potwierdzone badaniami naukowymi, informacje o naturalnych metodach leczenia i zapobiegania chorobom. Można go zaprenumerować bezpłatnie na stronie http://www.PocztaZdrowia.pl.

„Nowe uspokajające badanie na temat kawy

Szanowny Czytelniku,

kawa jest jak polityka. Możesz być za, możesz być przeciw; denerwujesz się, kiedy spotykasz osobę, która ma inne zdanie. I rzadko zmieniasz swoje.

Pięć lat temu byłem zdecydowanym wrogiem kawy. Przeczytałem gdzieś, że kawa blokuje trawienie. Wypita po posiłku pozwala uniknąć popołudniowej senności, ponieważ, zwyczajnie, posiłek pozostaje w żołądku!

A zatem kawa pomagała uniknąć drzemki, ale powodowała także wzdęcia, gazy i niewłaściwe wchłanianie składników pokarmowych wywołane nieprawidłowym trawieniem. Ponadto, byłem przekonany, że jako środek pobudzający kofeina zaburza sen oraz powoduje, że ludzie są pobudzeni, agresywni. Myślałem, że zbyt wiele kawy w biurze to źródło konfliktów, braku koncentracji, pochopnych decyzji.

A zatem starałem się unikać, o ile to tylko możliwe, kawy. I bez żalu rezygnowałem również z korzyści związanych z zawartymi w niej przeciwutleniaczami czy też ze stymulującym intelekt działaniem.
Ale z wiekiem, człowiek się zmienia… Dlatego, w związku z coraz większą liczbą badań naukowych na ten temat, zmieniłem zdanie.

Jakiś czas temu podsumowałem wszystko, co na chwilę obecną wiemy o kawie1. Wniosek był prosty: korzyści płynące z picia kawy przewyższają jej wady. Jeśli lubisz kawę, możesz bez zastanowienia pić trzy do czterech filiżanek dziennie.

Nie będę tu wygłaszał kolejnego „wykładu” na temat kawy. Ale mimo wszystko chcę podkreślić, że przeprowadzone zostało nowe i bardzo obszerne badanie, które jeszcze raz potwierdziło, że w umiarkowanych ilościach kawa jest doskonała. To badanie opublikowane w czerwcu w piśmie naukowym Comprehensive Reviews in Food Science and Food Safety.

Naukowcy z Uniwersytetu w Ulster skompilowali wyniki 1277 poważnych badań naukowych poświęconych kawie, przeprowadzonych w okresie od 1970 r. do dnia dzisiejszego.

Wnioski: „dobroczynne lub neutralne skutki picia kawy w umiarkowanych ilościach przez osoby dorosłe wyraźnie przewyższają zagrożenia związane z jej piciem” w przypadku problemów zdrowotnych, tj.:

  • chorób układu krążenia,
  • nowotworów,
  • problemów z wątrobą,
  • problemów neurologicznych,
  • problemów związanych z przemianą materii (trawienie, cukrzyca, otyłość).

Prawda, której nie mamy ochoty słyszeć

Po tych dobrych wieściach muszę Ci jednak także przekazać prawdę, którą niekoniecznie chciałbyś usłyszeć:

Dobroczynne działanie kawy dotyczy samej kawy jako takiej, czarnej, bez cukru, śmietanki, mleka i drobnych przyjemności do kawy typu ciasteczko, czekoladka czy ciasto. Z wyjątkiem kostki gorzkiej czekolady z przynajmniej 70% zawartością kakao.

Nie mówimy tu więc o „kawie dla łasuchów”, która od kilku lat święci triumfy w restauracjach. Nie ma mowy o ciasteczkach owsianych, brownie, serniczku czy szarlotce ładnie wyglądających z filiżanką kawy.

Wiem, że trudno to przyjąć, ale taka jest przykra prawda.

Na pocieszenie dodam jednak, że to tylko kwestia przyzwyczajenia. Jeśli przymusisz się do picia kawy bez mleka i cukru, na początku będzie Ci trudno.  Ale wierzę, że w końcu polubisz smak małej czarnej oraz bardzo gorzkiej czekolady, na początku tak trudny do zniesienia. Mówię o tym z doświadczenia.

I nie tylko polubisz, ale dojdziesz również do wniosku, że ten smak daje więcej przyjemności niż smak cukru i śmietanki. To smak, który ma więcej charakteru, mocy, ale także pewną łagodność i przede wszystkim subtelność. Docenisz różne gatunki kawy i czekolady, tak, jak dobre wino.

Na początku wcale nie będzie łatwo, ale uwierz mojemu doświadczeniu: gra jest warta świeczki. To dla Ciebie nowe wyzwanie i miejsce do odkryć. Skorzystaj z niego! W końcu żyje się tylko raz!

Źródła:

Journal Reference: L. Kirsty Pourshahidi, Luciano Navarini, Marino Petracco, J.J. Strain. A Comprehensive Overview of the Risks and Benefits of Coffee Consumption. Comprehensive Reviews in Food Science and Food Safety, 2016; 15 (4): 671 DOI: 10.1111/1541-4337.12206

http://onlinelibrary.wiley.com/doi/10.1111/1541-4337.12206/abstract;jsessionid=27D06D0D5157741D21A26F295CD124E2.f01t02

1) Por. newsletter Poczta Zdrowia „Koza odkrywa cudowne lekarstwo”

https://www.pocztazdrowia.pl/artykuly/koza-odkrywa-cudowne-lekarstwo

Zdrowia życzę,
Jean-Marc Dupuis ”

 

Pozdrawiam Cię miło…

 

Czy grozi nam internetowa śmierć?!

wi-fiCzy Internet przetrwa?Jaki Internet jest i będzie… dzisiaj, jutro? Czy grozi nam internetowa śmierć?!

Ten tekst zamieszczam (za zgodą Redakcji), bo jest BARDZO WAŻNY. Chyba nieco zapomnieliśmy tzw. ACTA, naszą własną ustawę inwigilacyjną, różnego rodzaju kontrole wszelkich  firm, itp. To – niestety –  trwa, istnieje i w dodatku ciągle jest „ulepszane” i „udoskonalane”. Zapraszam do poczytania 🙂

—————————————

Artykuł pochodzi z newslettera Poczta Zdrowia, przekazującego najnowsze, potwierdzone badaniami naukowymi, informacje o naturalnych metodach leczenia i zapobiegania chorobom. Można go zaprenumerować bezpłatnie na stronie http://www.PocztaZdrowia.pl.

—————————

„Jean-Marc Dupuis wkrótce uciszony?

Szanowny Czytelniku,

większość osób uważa, że Internet jest bezpłatny i niezależny. Jednak dziś tak już nie jest.

Masz pewnie wrażenie, że otrzymywanie e-maili ode mnie nic nie kosztuje.

Ale tak nie jest.

Mój gmail się zablokował, kiedy przekroczyłem liczbę wysyłanych przeze mnie wiadomości do 300 Czytelników Poczty Zdrowia. Od tej chwili zostałem zmuszony do korzystania z profesjonalnego systemu „routingu” i musiałem zacząć płacić, aby moje listy nadal mogły docierać do adresatów.

Obecnie płacę tysiące euro co roku, aby mieć prawo do dalszej wysyłki wiadomości.

Niewiele osób zdaje sobie z tego sprawę. Ale faktem jest, że nie mam wyboru. Gdybym nie korzystał z tych systemów, byłbym skazany na milczenie przez kilka wielkich firm, które kontrolują Internet: Google, Orange, Free, Yahoo, Apple itd.

Obecnie firmy te robią, co chcą: w każdej chwili mogą podjąć decyzję o „zawieszeniu” Twojego konta.

Narzucają coraz więcej norm i „zakazanych” słów. Musiałem zatrudnić specjalistę informatyka. Gdybym tego nie zrobił, wiadomości nie wychodziłyby z mojego konta, nie docierałyby do adresatów.

W razie blokady konta, w świetle prawa nie dysponujesz żadnym sposobem, by dowiedzieć się, dlaczego konto zostało zablokowane, nie masz żadnego środka odwołania.

Nie wiesz zupełnie, co zrobić, by przywrócić komunikację. Często, po drugiej stronie kabla nie ma nikogo, tylko komputer, serwer (lub „robot”), który Cię usunął, a Ty nie możesz z nim porozmawiać, żeby wyjaśnić.

Kilka tygodni temu zdarzyło się, że ponad 200 000 czytelników przestało otrzymywać moje wiadomości. Komunikacja została przywrócona, ale w każdej chwili znów może zostać przerwana.

Niestety, jest to bardzo prawdopodobne, że wkrótce wiadomości ode mnie będą automatycznie kierowane do folderu „Kosz” Twojej skrzynki mailowej, a nawet całkiem blokowane przez serwer, zanim do Ciebie dotrą.

Nic Ci nie przyjdzie z protestów. Twój dostawca usług internetowych wytłumaczy Ci, że oczywiście robi to dla Twojego dobra. I aby uchronić Cię przed zagrożeniami płynącymi z informacji niezatwierdzonych przez władze, zdecyduje o zablokowaniu wiadomości ode mnie.

Wielkie firmy i rządy ograniczają dostęp do Internetu

Przez około dziesięć lat Internet był wolny. Mogłeś pisać, co chciałeś, nie musiałeś się niczego obawiać. Często porównuje się te czasy do epoki Dzikiego Zachodu, zanim władze i wielkie firmy nie zaczęły się wtrącać. Technicznie, nie było możliwe powstrzymać ludzi korzystających z Internetu od mówienia i robienia, co chcieli. Mogłeś wysłać jakąkolwiek wiadomość, w tym Twoje ulubione piosenki czy jakikolwiek tekst, który wydał Ci się pomocny lub interesujący.

Ale nastąpiły zmiany.

W 1995 r. powstały Yahoo i Wanadoo (obecnie Orange), w 1998 r. powstała firma Google, w 1999 r. Free, w 2004 r. Facebook, w 2005 r. Youtube, w 2006 r. Twitter, wśród innych „gigantów web”, jak ich się dziś nazywa.  Dyrektorów tych spółek jest niewielu: około dwudziestu na całym świecie. Wszyscy oni się znają i podzielają wspólną wizję świata. Utrzymują bliskie stosunki z rządami, zarówno z rządem amerykańskim, jak i rosyjskim, angielskim, niemieckim, japońskim i chińskim.  Są zmuszeni do współpracy z rządami, gdyż w przeciwnym razie mogliby zostać ukarani wykluczeniem (o czym miała okazję przekonać się firma Google w Chinach w 2010 r. 1; można powiedzieć, że od tamtej pory dobrze zrozumieli, o co chodzi). W grę wchodzą miliardy i nie ma żartów.

Na początku te spółki sprawiały wrażenie sympatycznych: dzięki nim można było uzyskać dostęp do Internetu i wszelkiego rodzaju usług (wyszukiwanie, poczta elektroniczna) za śmieszną kwotę, często nawet nieodpłatnie.

Ale zdarzyło się to, co miało się zdarzyć.

Wmieszały się w to władze polityczne

Firmy te rozwinęły się tak bardzo, że zainteresowały się nimi władze całego świata.  Nagle powiedziano nam, że wolność w Internecie „stanowi problem”. To nastąpiło na początku tego wieku.  Jak zawsze, wszystko zaczęło się od kwestii, która wydawała się słuszna: portale oskarżano o łamanie praw muzyków poprzez pozbawianie ich przysługujących im opłat z tytułu praw autorskich. Władze wykluczyły je, jak to się stało w przypadku portalu Napster zamkniętego w 2001 r. Mówiono nam również o pedofilach, terrorystach, handlarzach bronią i narkotykami…

Wszyscy powiedzieli „zgoda”, ponieważ, oczywiście, wszyscy lubimy muzyków, a nikt nie lubi pedofili, terrorystów i handlarzy bronią i narkotykami.  Powiedzieliśmy „zgoda”, nawet, jeśli w głębi serca wiedzieliśmy, że Mozart nigdy nie potrzebował wpływów z tytułu praw autorskich czy innych opłat licencyjnych, by komponować swoje opery i symfonie.  Powiedzieliśmy „zgoda”, choć wiedzieliśmy, że 75% pobieranych na całym świecie opłat za muzykę dzielą między siebie tylko cztery koncerny notowane na Wall Street (Sony, Universal Music Group, EMI oraz Warner Music Group) oraz że trafiają one zwykle do tych samych „artystów”, niekoniecznie najlepszych3.

Powiedzieliśmy „zgoda”, choć bardzo dobrze wiedzieliśmy, że ci, którzy są zdecydowani obejść zasady – mafiozi, terroryści – i tak zawsze znajdą sposób, by to zrobić.  Ale to jeszcze było OK, to słuszna sprawa – tak myśleliśmy.  W rzeczywistości, zakaz bezpłatnego dzielenia się muzyką, filmami i innymi treściami w Internecie miał tylko jeden skutek: wydać internautów „ze skrępowanymi rękami i nogami” na pastwę reklamowego pałowania, od którego Internet był dotąd wolny.

Co to ma wspólnego?  To bardzo proste:

Odtąd wszystkie oficjalne portale muszą płacić za korzystanie z treści. Kolosalne grzywny i kara pozbawienia wolności do 70 lat grożą za nieprzestrzeganie tej zasady4. To szybko spowodowało wstrzymanie wszelkich inicjatyw poza systemem „kasy”, odtąd nielegalnych. Mogą więc już tylko wszędzie umieszczać „banery”, „pop-ups”, „Google Ads” i inne reklamowe miniatury „Outbrain”, „Taboola” itd.

Ale w tym systemie, 85% światowych dochodów z reklamy w Internecie trafia do tylko dwóch firm: Google’a i Facebooka5. Dysponują więc one źródłem praktycznie nieograniczonych dochodów, dzięki któremu mogą wykupywać kolejne portale i systemy generujące ruch. Każdy nowy system po osiągnięciu pewnych rozmiarów jest „wchłaniany” przez jedną z nich: tak było z Youtubem, Whatsappem, Snapchatem i wieloma innymi.

To, co pozwala Google i Facebookowi rejestrować niesamowite ilości danych na temat „użytkowników” (na temat Ciebie i mnie), daje im również kontrolę i okazję do generowania jeszcze większych dochodów:

W jaki sposób Google i Facebook w ukryty sposób zarabiają pieniądze Twoim kosztem?

Dzięki swojej skali Google i Facebook mogły pozwolić sobie bez żadnych ograniczeń na to, co wstydliwie nazywają monetyzacją danych użytkowników.  Oznacza to, że rejestrują wszystko, co robisz, kiedy wchodzisz na ich strony, a następnie odsprzedają te informacje spółkom, które chciałyby Cię skuteczniej namierzyć.  Facebook rejestruje Twoje dane nawet wtedy, gdy nie jesteś połączony. Kiedy użytkownik kliknie na przycisk „wyloguj” z Facebooka, portal pozostawia na jego komputerze plik, który zawiera osobiste informacje i dalej przekazuje Facebookowi dane na temat nawigacji danego internauty6.

Konkretnie, skutek jest taki, że kiedy korzystasz z jakiejkolwiek takiej aplikacji, wszystko, co robisz, czytasz lub piszesz na portalach internetowych gigantów, jest metodycznie rejestrowane przez te firmy. Następnie dane są odsprzedawane lub wykorzystywane, by na Twoim ekranie, iPhonie, w Twojej skrzynce mailowej, na Twoim iPadzie, zasypywać Cię coraz bardziej agresywnymi ofertami reklamowymi.  Gdyby Internet pozostał wolny, tak by się nie stało, gdyż użytkownicy naturalnie przestaliby wchodzić na strony, które gromadzą ich prywatne dane w celu odsprzedaży i przytłaczania ich reklamami.

Ale to jeszcze nic.

Najgorsze z najgorszych

Najgorsze z najgorszych jest to, że pod pretekstem zwalczania przestępczości i, oczywiście, terroryzmu, wielkie firmy internetowe udostępniły państwom potajemnie dane i wiadomości użytkowników. Ten system publicznego szpiegowania został obnażony dzięki Edwardowi Snowdenowi7, wśród innych „wysyłaczy ostrzeżeń”. Ale publiczne obnażenie tego procederu nic nie zmieniło. Wszystko jest jak było, tylko jeszcze gorzej.  Oczywiście, ten system uprzykrzania nie powstrzymał krwawych zamachów terrorystycznych, wojen ani w najmniejszy nawet sposób nie wyhamował islamizmu, handlu narkotykami, bronią (w tym atomową) ani sieci prostytucji czy pedofilii, które obecnie mają się lepiej niż kiedykolwiek.

Ci, którzy potrzebują, doskonale umieją posługiwać się systemami szyfrowania danych, dzięki którym unikają nadzoru w Internecie.  Natomiast niewinny obywatel, który o niczym nie ma pojęcia, który nie ma sobie nic do zarzucenia i który w związku z tym nie stosuje żadnych środków ostrożności, już nie ma żadnego życia prywatnego. Nie zrobi już nic takiego, co nie zostałoby zarejestrowane w sposób ostateczny na serwerach Google’a i innych, w których dane są przechowywane do dyspozycji władz.

Jego zakupy, jego kontakty i przede wszystkim – jego opinie będą odtąd należycie rejestrowane i zachowane na wieczność na zabezpieczonych serwerach. Jeśli chodzi o jego dane bankowe, już od dawna państwo ma do nich bezpośredni dostęp, a od 1 stycznia 2018 r. nastąpi automatyzacja systemu na skalę światową dzięki automatycznej wymianie danych bankowych dotyczących zagranicznych rachunków bankowych.

Jasne, ale skoro nie mam sobie nic do zarzucenia, to nie mam się czego obawiać – być może mi odpowiesz.

Dlaczego sprawa dotyczy wszystkich?

Ten system szpiegowania i rejestracji danych informatycznych wydaje się nie stwarzać problemów uczciwemu obywatelowi. Ale to pozostaje prawdą jedynie, dopóki przestrzegane są swobody obywatelskie.  Kiedy w jakimś państwie zapanuje klimat obaw lub nietolerancji, kiedy pewne przekonania, dotąd powszechnie akceptowane, staną się „przestępstwami” (ostatnio we Francji wiele przekonań stało się przestępstwami), obywatel staje się prawnie i fizycznie zagrożony.

Niestety, nie brakuje historycznych przykładów przekształcania się, w następstwie fatalnych i nieoczekiwanych wydarzeń, państw prawa w państwa policyjne, w których przeciwników zatrzymuje się i prześladuje za przekonania.  Nikt nie wie, które przekonania i działania staną się z dnia na dzień niepożądane. To mogłoby nawet być coś, co dziś wydaje nam się nie do wiary 8.

Przypomnij sobie, że w ciągu kilku tygodni posiadanie zwykłego skrawka ziemi, co wydawałoby się najbardziej akceptowalną rzeczą na świecie, stało się ciężkim przestępstwem karanym deportacją lub śmiercią po rewolucji bolszewickiej w 1917 r.  Posiadanie kilku gram złota groziło karą więzienia w Stanach Zjednoczonych, w 1933 r., kiedy to prezydent Roosevelt zarządził rekwizycję złota od obywateli amerykańskich 9.

Posiadanie rodziców pochodzenia żydowskiego stało się niebezpieczne w Niemczech, w latach 30. ubiegłego wieku, choć jeszcze kilka lat wcześniej Żydzi stanowili dużą część społeczeństwa i elit niemieckich! (uczony Albert Einstein, poeta Heinrich Heine, botanik Otto Warburg – laureat nagrody Nobla w 1931 r., Paul Ehrlich, kompozytor Feliks Mendelssohn…). Posiadanie zwykłego tytułu akademickiego stało się przestępstwem w Chinach podczas rewolucji kulturalnej w 1966 r.10. Groziła za to zsyłka do obozu pracy, co było synonimem śmierci.

Noszenie okularów skazywało na prześladowania w Kambodży, kiedy w 1975 r. do władzy doszli Czerwoni Khmerzy i rozpoczęli polowanie na „intelektualistów”.

A kto jeszcze pamięta, że jeszcze niecałe czterdzieści lat temu Iran i Afganistan były krajami, w których dobrze było żyć?

Nikt nie wie, co nas czeka w przyszłości, i nigdy nie będzie wyryte w marmurze, że gdzieś, w jakimś kraju, pozostanie tak, jak jest.  Także we Francji zdarzały się zawirowania, okresy ciemności, w czasie których trwały intensywne prześladowania.

Obecnie jedyną linią obrony pozostaje milczenie i różne strategie zmierzające do uniknięcia, by zostać okrzykniętym przeciwnikiem reżimu. Ale co zrobić, jeśli cała Twoja dotychczasowa korespondencja, w tym wymiana prywatnych wiadomości w gronie rodzinnym, została zarejestrowana i może zostać przeanalizowana przez służby państwowe?

Czy nawet Poczta Zdrowia może wkrótce zostać zablokowana?

Choć nie udało im się (najdelikatniej mówiąc) powstrzymać terroryzmu, handlu narkotykami czy pedofilii w Internecie, rządy państw i wielkie firmy internetowe dysponują obecnie wszelkimi środkami blokowania osób, które, tak jak ja, wykorzystują Internet do swobodnego wyrażania opinii na ważne tematy, np. na temat zdrowia.  W rzeczywistości nie ma nic prostszego dla władz niż ogłosić, że taka czy inna strona powinna zostać objęta zakazem lub ograniczeniem użytkowania, ponieważ podaje niezatwierdzone informacje na temat zdrowia.

Nie ma nic prostszego dla internetowego giganta niż wyjaśnić, że przekazywanie pewnych wiadomości nie spełniających kryteriów zostaje wstrzymane w celu ochrony użytkowników.  I zawsze podawany jest ten sam pretekst: bezpieczeństwo. Państwo rozumieją, to kwestia zdrowia publicznego, trzeba chronić ludzi.

Istnieją już plany zakazania publikowania w Internecie wszelkich informacji na temat zdrowia ocenianych jako „niezgodne”: niezgodne z tym, co mówią władze, oraz sprzeczne z interesem wielkich koncernów farmaceutycznych.  W imię – oczywiście – „interesu ogółu”, Google rozpoczął już „umieszczanie na indeksie”, czyli likwidację stron badawczych oraz odniesień do stron takich jak nasza, które rozpowszechniają informacje alternatywne i niezależne na temat zdrowia11.

Google sprzymierzył się z największą siecią medycyny konwencjonalnej w Stanach Zjednoczonych, by dostarczać użytkownikom bezpośrednio informacje na temat metod leczenia dopuszczonych przez FDA (władze sanitarne). I tak, jeśli w Stanach Zjednoczonych wpiszesz w oknie wyszukiwarki Google „arthritis” (artroza), nie pojawiają się już żadne niezależne strony (jak Poczta Zdrowia). Na pierwszej stronie masz dostęp jedynie do metod „zatwierdzonych” przez władze, na niekorzyść wszelkich metod naturalnych.

Już niedługo systemem tym zostanie także objęta Europa i reszta świata.

Cenzura gorsza niż w państwach policyjnych

Ten system jest gorszy niż cenzura w reżimach totalitarnych. W Europie użytkownicy wyobrażają sobie, że są wolni i że mają dostęp do różnych źródeł. Nie mają pojęcia, że są ofiarami manipulacji i są w związku z tym jeszcze bardziej podatni na propagandę. A przecież brak różnorodności opinii, a zatem również brak wolności opinii na największych portalach internetowych wprost bije po oczach.

Już zdajesz sobie z tego sprawę, przeglądając aktualności.  Bez względu na to, czy wejdziesz na Google News, Yahoo News, Apple News czy na jakikolwiek inny oficjalny portal informacyjny, widać głównie powielanie w nieskończoność przez maszyny tych samych oficjalnych depesz, pochodzących z wielkich rządowych „agencji prasowych”.  Brak jakiejkolwiek niezależności, jakiejkolwiek różnorodności opinii. To królestwo „kopiuj-wklej” w różnych przebraniach. I oto przyczyna i źródło głębokiego zniechęcenia i złego samopoczucia, które odczuwasz podczas przeglądania portali informacyjnych. Przeczuwasz, że po drugiej stronie kabla nie ma nikogo, kto myślałby w sposób wolny, kto stawia pytania.

Portale informacyjne podobne są do sfory wilków, które rzucają się na wspólną ofiarę, by zrobić z nią jedno i to samo.

Zachować krytyczne podejście

Kiedy czytasz Pocztę Zdrowia, wiesz, że ktoś do Ciebie pisze. Wiesz, że istnieję, że szukam, że żyję, i że (czasem) coś znajduję, że mam wzloty i upadki. I masz rację, bo rzeczywiście jestem, jestem człowiekiem z krwi i kości, mam swoje zalety i wady, nadzieje i obawy, radości i smutki, sukcesy i porażki.  Zachowujesz krytyczne podejście i masz rację: właśnie tego nam trzeba! To jest podstawa zdrowej relacji.

Nie udaję, że zawsze mam rację. Nie po to tu jestem, by zmusić cały świat do uznania tego samego systemu myślenia.  Wręcz przeciwnie, uważam, że szczególnie warto żyć wtedy, gdy siedzi się za sterami własnego życia. Myślę, że ważne jest, by każdy posługiwał się własnym mózgiem, dysponował narzędziami do dokonywania wyborów, nie pozwalając innym, by dyktowali mu zachowania i przekonania uzgodnione przez decydentów.

Nie dlatego uwierzę, że ktoś mi powie: na temat szczepień nie ma dyskusji. Staram się dowiedzieć, czy to prawda, czy to się sprawdzi w takim samym stopniu w przypadku wszystkich szczepień w każdych okolicznościach (a postawić pytanie, to już na nie odpowiedzieć).  Kiedy słyszę, że na taką chorobę jest takie lekarstwo, staram się także dowiedzieć, czy to się sprawdzi w przypadku wszystkich. A ponieważ świat jest złożony, nie będziesz zaskoczony, dowiadując się, że nie, właśnie jest na odwrót, żadne lekarstwo nie sprawdza się u każdego, i to jest powód, dla którego każdemu z nas, wolnych i odpowiedzialnych dorosłych, powinno zależeć na minimalnej wiedzy o swoim zdrowiu, zanim połknie jakiekolwiek lekarstwo lub podda się jakiejkolwiek operacji.

Teraz czytasz moją opinię, moje powody, i sam zdecydujesz, czy masz w ręku wszystkie dane, by podjąć decyzję o naśladowaniu mnie, czy też nie.

Ale gdzie jest podejście krytyczne wielkich mediów, które wkrótce zajmą cały Internet? Stopniowo wszystkie treści zawarte na wielkich portalach ulegają wyjałowieniu, ujednoliceniu. Facebook, Google, Twitter, Yahoo już całkiem oficjalnie blokują wszystkie treści, które nie spełniają ich rzekomych „kryteriów etycznych”, z dnia na dzień coraz bardziej surowych.  Lecz jest to etyka nietolerancji: osoby, które nie podporządkują się ich politycznie poprawnej ideologii, podlegają bezlitosnej eliminacji, pozbawia się je miejsca wyrażania opinii.

Dlatego właśnie muszą koniecznie istnieć przestrzenie oddechu jak Poczta Zdrowia. Kiedy znikną, świat stanie się szarym i zakurzonym więzieniem, nawet jeśli nie ma krat i drutów kolczastych.

W jaki sposób będą próbować nas uciszyć?

Internetowi giganci mają sposoby na zablokowanie naszej poczty elektronicznej, i to jest problem.  Dlatego właśnie nie spodziewam się, że będę mógł wiecznie wypowiadać się za pośrednictwem poczty elektronicznej, nawet jeśli uda nam się płacić „okup” za przesyłanie naszych wiadomości.  Odbędzie się to w ciszy, równie cicho jak aresztowanie przez tajne służby w dyktaturze policyjnej.

Pewnego dnia otworzysz skrzynkę mailową i… nie znajdziesz żadnego newslettera ode mnie. Poczekasz dzień, dwa, pięć i… cisza.  Niektórzy z czytelników zaczną się zastanawiać, co się dzieje. Będą chcieli ponownie zaprenumerować. Ale nic to nie da. Powiedzą więc sobie: Widocznie przestał wysyłać, zajął się czymś innym. A potem, jak to zwykle bywa, życie pójdzie swoim torem.

Oczywiście nie będzie żadnej wzmianki w telewizyjnych serwisach informacyjnych. Zamiast zadać sobie pytanie, dlaczego zniknął największy alternatywny newsletter informacji na tematy zdrowotne, dalej będą poić odbiorców rzekomymi „rewelacjami” na temat wakacji polityków czy gwiazd show-biznesu lub ostatniego Tweeta jakiegoś pijanego piłkarza.  Najwyżej pojawią się dyskusje na forach internetowych, uciszone pod natłokiem oficjalnych „wiadomości”. Ciekawe, Jean-Marc Dupuis już nie pisze. I to będzie koniec.

Będę w moim ogrodzie

Oczywiście nie unicestwią mnie fizycznie. W moim ogrodzie będę się spokojnie zajmował grządkami truskawek, polował na ślimaki i przygotowywał warzywa na zupę dla moich dzieci.  Nie wyślą mnie więc do gułagu ani państwowego więzienia (no chyba, że…). Te metody są brutalne, zbyt kojarzą się z Gestapo i KGB. To już było.  Dziś umieją to zrobić skuteczniej. Zabija się wolnych ludzi „wirtualnie”, bez zostawiania śladów. Po prostu znika ich głos. Grzecznie usuwa się ich z publicznej debaty poprzez naciśnięcie guzika.

To śmierć w Internecie.

Mogą jeszcze pisać sobie wszystko, na co mają ochotę, ale wyłącznie na blogu prowadzonym incognito, nigdzie niepozycjonowanym, przez nikogo nieczytanym, ponieważ nie spełnia „kryteriów”, „guidelines” Google’a i Facebooka.  W naszym przypadku zawsze będziesz mógł zajrzeć na naszą stronę http://www.pocztazdrowia.pl, ale nie będziemy już mogli bezpośrednio informować Cię o tym, co się dzieje.

Moje dni są policzone

Jeśli więc któregoś dnia moje wiadomości elektroniczne przestaną wychodzić, jeśli nie będziesz ich otrzymywać na swoją skrzynkę, nie poprzestań na pomyśleniu sobie zajął się czymś innym. Nie, to będzie coś poważniejszego. Nie tyle nawet osobiście dla mnie, ile dla naszych swobód, tak drogo okupionych.

Wejdź wtedy na stronę www.pocztazdrowia.pl Ale już teraz, zachowaj moje wiadomości i informacje, które Ci przesyłam. Wykorzystaj jak najbardziej wszystkie sposoby leczenia, o których piszę, i o których jest coraz trudniej mówić, nie ryzykując odcięcia przez internetowych gigantów.  I przede wszystkim: mów o tym w swoim otoczeniu: zachęcaj bliskich do leczenia naturalnego i zaprenumerowania Poczty Zdrowia, by dbać o zdrowie i mieć dostęp do wolnej informacji. Nie wahaj się przesłać im tego maila, by przekonali się, co się właśnie dzieje. Powiedz im, że jest coraz mniej czasu.  I nie czekaj całe lata, by zaprenumerować nasze publikacje. Kiedy już raz je otrzymasz i przeczytasz, nikt Ci ich nie odbierze.

Co będzie później?

Tak czy inaczej, jeśli o nas chodzi, kiedy zabronią nam wysyłania maili, zakaszemy rękawy, by stworzyć nową pocztę. Nie wiem jeszcze, w jakiej postaci. Być może wrócimy do naklejania na koperty znaczków z recyklingu, które po całym świecie rozwiozą samochody elektryczne, gołębie pocztowe lub papierowe samoloty?  Krótko mówiąc, tak, to możliwe, że odetną mi możliwość przesyłania poczty elektronicznej. Ale znajdę inny kanał, inny sposób, by mówić do wielu. Gdyż prawda nigdy nie umiera, tak jak nie umiera wśród ludzi głód prawdy.

No i na zakończenie, ponieważ najgorsze nie jest jeszcze przesądzone, pozostańmy w miarę możliwości wolni, niezależni i w dobrym zdrowiu. Jeśli tak będzie, to znaczy, że się myliłem (a w każdym razie mam na to nadzieję).

Zdrowia życzę,
Jean-Marc Dupuis ”

Dodam jeszcze – już tylko od siebie – link do strony  USA – ostrzeżenia Prezydenta – nieco przeraża. Prezydent Barack Obama postanowił: cyt. „Ja, Barack Obama, prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki, na mocy uprawnień nadanych mi przez Konstytucję i prawa Stanów Zjednoczonych, niniejszym ogłaszam wrzesień 2016 jako miesiąc gotowości narodowej. Wzywam wszystkich Amerykanów do uznania znaczenia zapewnienia gotowości i pracy razem, aby poprawić naszą stabilność i gotowość”.

Uczesz moje samopoczucie

Zapraszam do poczytania kolejnego, znakomitego tekstu autorstwa Jean-Marc Dupuis. Warto przeczytać i przemyśleć – czy chodzę do dobrego fryzjera? Oto jest pytanie! 🙂

Artykuł pochodzi z newslettera Poczta Zdrowia, przekazującego najnowsze, potwierdzone badaniami naukowymi, informacje o naturalnych metodach leczenia i zapobiegania chorobom. Można go zaprenumerować bezpłatnie na stronie http://www.PocztaZdrowia.pl.

Tekst jest cytatem całości artykułu.

„Uczesz moje samopoczucie

Szanowny Czytelniku,

„Recoiffe-moi le moral” (co można tłumaczyć jako „Uczesz moje samopoczucie”) to hasło reklamowe, które przyniosło fortunę francuskiemu fryzjerowi Jacques’owi Dessange, właścicielowi sieci salonów fryzjerskich funkcjonujących w 36 krajach1.

Slogan mówi samą prawdę. Wizyta u fryzjera to ważna sprawa – to nowy start. Moment, w którym odkrywasz swoje nowe oblicze dzięki nowej fryzurze jest niesamowicie ekscytujący. Wychodząc z salonu fryzjerskiego, nie jesteś już tą samą osobą, którą byłeś, wchodząc do niego.

Nikt nie wie o tym lepiej niż gwiazdy kina. Zdają sobie one sprawę, że odpowiednia fryzura pomoże im wcielić się w najróżniejsze postaci, od poszukiwacza przygód przez dziennikarza i wojownika, aż po markiza.

Poniżej dla przykładu zamieszczam dwa zdjęcia Scarlett Johansson. Aż ciężko uwierzyć, że przedstawiają tę samą osobę.

e371-1e371-2

Wyobraź sobie, co by było, gdyby Scarlett Johansson pozostała przy fryzurze z pierwszego zdjęcia.

Gdyby nigdy nie przyszła jej do głowy myśl, że może wyglądać inaczej, z pewnością nigdy nie nabrałaby odmiennego wyglądu i nie zostałaby uwielbianą i pożądaną przez miliony fanów gwiazdą.

Tak samo jest z każdym z nas.

Fryzura w znacznym stopniu wpływa na nasz wizerunek i na naszą autopercepcję.

Nieudana fryzura to nieudana głowa, a także potencjalnie nieudane życie, jeśli nie podejmie się w odpowiednim momencie zapobiegawczych kroków.

Dawniej fryzjerzy byli lekarzami

W dzisiejszych czasach zawód fryzjera jest niedoceniany. Wszystkim wydaje się, że wystarczy jakikolwiek dyplom fryzjerski, żeby go wykonywać.

Dawniej było inaczej. Fryzjer należał do podobnej grupy zawodowej co chirurg czy dentysta. Fryzjerzy zakładali bandaże, leczyli wrastające paznokcie i odciski na stopach. Byli zatem też pedikiurzystami2.

To właśnie u fryzjera upuszczało się krew i przeczyszczało organizm.

Pozostałości tamtych czasów wciąż funkcjonują w podświadomości zbiorowej. Kto, wchodząc do salonu fryzjerskiego, nie czuł się ani razu onieśmielony?

Podobnie jak lekarz czy dentysta, fryzjer ma rzadki przywilej mówienia ludziom, kiedy mają przyjść, wyjść, usadzają ich i częściowo rozbierają. Fryzjer analizuje, bada, dotyka, „operuje” na włosach. Jako że pozostaje w pozycji stojącej, dominuje nad osobą czesaną, co sprawia, że w sensie dosłownym i przenośnym można poczuć się zupełnie „w jego rękach”.

Mężczyznom, którzy czytają niniejszy artykuł, to uczucie jest jeszcze bliższe, gdyż bywa, że fryzjer goli ich szyję ostrą brzytwą. Zawsze ma się wtedy całkiem realne wrażenie, że w danym momencie nasze życie jest w jego rękach. Jeden prosty ruch wystarczyłby, żeby przeciąć tętnicę szyjną i wysłać kogoś na tamten świat.

Wizyta u fryzjera jest jak wizyta u psychologa

Salon fryzjerski stanowi miejsce społecznej różnorodności. To też miejsce spotkań, w którym nawiązuje się rozmowy i nierzadko zwierza się z osobistych spraw osobom, którym w innych warunkach nie powierzyłoby się podobnych informacji.

Ta wymiana informacji jest po prostu niezbędna. Dobry fryzjer, podobnie jak dobry lekarz, musi znać osobę, którą czesze.

Musi on wiedzieć, kim jesteś, jaki jest Twój status społeczny, zawodowy i cywilny.

Potrzeba mądrych, inteligentnych fryzjerów analizujących osoby, które czeszą.

Nie myl fryzjera z pracownikiem warsztatu samochodowego

Każdy dobry mechanik może zmienić koło w samochodzie. Jednak nie możesz wejść do pierwszego lepszego salonu fryzjerskiego, licząc na łut szczęścia. Fryzjer, podobnie jak lekarz, pracuje z istotą ludzką.

U jednego fryzjera czy fryzjerki będziesz czuć się bardzo komfortowo, a u innego będziesz siedzieć jak na szpilkach.

Często można natrafić na kogoś, kto zrobi Ci fryzurę, którą chciałyby u Ciebie widzieć ktoś z Twoich bliskich albo którą zobaczyłeś czy zobaczyłaś u jakiejś pop-gwiazdy.

Każe Ci wtedy usiąść i zapyta: „Jaką fryzurę robimy?” „Mmmm… nie wiem… może taką”, mówisz, pokazując palcem zdjęcia modela czy modelki w gazecie.

Jednak prawda jest taka, że nie masz pojęcia, czy otrzymanie takiego rezultatu jest w ogóle możliwe.

W głębi duszy jesteś przekonany, że to niewykonalne. Jednak po cichu liczysz, że fryzjerka znajdzie magiczne rozwiązanie, które zmieni marzenia w rzeczywistość.

To kluczowy błąd. Przy takim starcie rezultat zawsze okaże się zawodem.

Nie komercyjnym sieciom salonów fryzjerskich!

Usługi salonów fryzjerskich będących tak zwanymi sieciówkami, które dobierają swój personel według sztywnych i jednolitych reguł, często okazują się wielkim zawodem.

Takie firmy operują w przekonaniu, że ludzie są zamienni i że ta sama fryzura może się sprawdzić w Strasburgu, Marsylii, Warszawie, Londynie i Nowym Jorku.

Osobiście wolę fryzjerów miejscowych, bo tylko tacy dobrze rozumieją i znają swoją klientelę. Sieciowe salony fryzjerskie są dla fryzjerstwa tym, czym Ikea dla dekorowania domu i McDonald dla biznesu restauracyjnego – wszędzie można znaleźć te same produkty, które mniej więcej pasują większości ludzi, ale nikomu w szczególności.

To zjawisko sprawia, że cała ludzkość staje się masą tak, jakby nie istniały różnice kulturowe, odmienne osobowości ani cechy szczególne.

Fryzjer, który przypomina Ciebie

Najlepszym rozwiązaniem jest bycie czesanym przez fryzjera, który przypomina Ciebie, który Cię dobrze rozumie lub którego sam chciałbyś przypominać.

Z tego względu bardzo podoba mi się zdjęcie poniżej. Obaj mężczyźni mają charakterystyczny styl i od razu można zauważyć, że fryzjer jest w trakcie robienia dokładnie tego, czego oczekuje jego klient. Obaj mężczyźni wyglądają podobnie, są ze sobą w symbiozie:

e371-3

Trzeba przyznać, że rezultat jest zauważalny. Jest on wynikiem doskonałego porozumienia pomiędzy dwoma stronami.

Fryzjerzy ważnych osób

Niektóre osoby muszą wyglądać zawsze tak samo: dziennikarze, politycy, szefowie ogromnych organizacji.

Dlatego też zawsze chodzą do tego samego fryzjera, żeby zachować tę samą długość włosów i nie epatować niechcianymi włosami na karku.

Kiedy widzisz ich w telewizji, nigdy nie mówisz sobie: „O, zdaje się, że ten polityk wyszedł właśnie od fryzjera”. On zawsze wygląda tak samo. Czasami, aczkolwiek bardzo rzadko, zmienia fryzurę i wtedy mówi się o tym w gazetach.

Osiągniecie takiego rezultatu to prawdziwa inwestycja ze strony osób publicznych. Muszą one chodzić do fryzjera kilka razy w tygodniu, co świadczy o tym, jak ważna jest dla nich odpowiednia fryzura.

Bogaci mężczyźni często mają nieco dłuższe, spływające na szyję włosy zaczesane do tyłu. Bernard Madoff, amerykański oszust, który dopuścił się nadużyć finansowych, doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Opierając wszystkie szeroko zakrojone przekręty finansowe na zdolności do budzenia zaufania, zawsze nosił tę samą fryzurę typową dla ludzi sukcesu:

e371-4

Bernard Madoff ma twarz François Hollande’a
i włosy ścięte jak człowiek sukcesu.
To właśnie fryzura znacznie pomogła mu uchodzić
za bogacza, którym nie był.

To fryzura francuskiego polityka Dominique’a de Villepina, amerykańskiego kompozytora Léonarda Bernsteina, angielskiego miliardera Richarda Bransona, a także Richarda Gere’a i Michaela Douglasa, którzy najczęściej grają ważnych i zamożnych bohaterów:

e371-5

W filmie „Wall Street” Michael Douglas, grając Gordona Gekko,
jednego z najbogatszych inwestorów świata, miał fryzurę
ważnego i bogatego człowieka.

Fryzjerzy odkrywają na nowo swoje powołanie

Kilka lat temu fryzjerzy zaczęli na nowo odkrywać to, że ich rola nie ogranicza się do ścinania włosów. Fryzjerzy masują głowy swoich klientów, używają olejków eterycznych, stwarzają odpowiedni nastrój, poprawiając ich samopoczucie.

Niektórzy z nich idą o krok dalej i w pełni angażują się w stronę emocjonalną klientów, tak jak na przykład paryski fryzjer Rémi Portrait, wynalazca „energetycznego ścięcia”3 lub Brukselczyk Sébastien Ledentu, fryzjer, który angażuje emocje klienta podczas wizyty4.

Obaj do ścinania włosów wykorzystują brzytwę i tłumaczą, że „grają muzykę” na włosach klienta, który pełni rolę instrumentu, a brzytwa odpowiada smyczkowi.

Ludzie, którzy przechodzą przez ich ręce, zaświadczają, że dzieje się z nimi coś niesamowitego, że buzują w nich emocje – pojawiają się łzy, wybuchy śmiechu.

Dla Rémi’ego Portraita włosy są anteną energetyczną i elementem ciała, który zachowuje całą historię o właścicielu. Włosy nie niszczeją po śmierci i zachowują DNA podobnie jak zęby i włosy.

Wszystko, co dzieje się z włosami ma związek z historią, emocjami i lękami ich właściciela.

Nie chcę przez to powiedzieć, że tego typu fryzjer jest odpowiedni dla każdego – wszystko zależy od osobowości i indywidualnych oczekiwań.

W każdym razie należy głęboko się zastanowić nad swoim fryzjerem i swoją fryzurą.

Nie popełniaj następujących błędów dotyczących fryzury

Na podstawie wyglądu twarzy, sylwetki, cery, a przede wszystkim charakteru klienta fryzjer ma za zadanie pomóc mu znaleźć fryzurę, która najlepiej odzwierciedli, kim jest naprawdę.

Niestety, istnieje ryzyko nieporozumienia, gdyż włosy wysyłają otoczeniu rozmaite sygnały.

Rozważ wszystkie pomyłki, jakie ludzie popełniają w związku ze swoją fryzurą:

  • Osoby dorosłe, które zostawiają kosmyk zasłaniający oczy jak zamykająca się kurtyna, zdradzają tym swój niepokój i chęć ukrycia się.
  • Bardzo długa opadająca na oczy grzywka u kobiet to często oznaka skrytości.
  • Kobiety, które nie mają odwagi odkryć twarzy lub zaczesać włosów do tyłu, zwykle są przekonane, że to wyeksponuje ich odstające uszy.
  • Rozmaite pomyłki związane z kolorem. 70–80% kobiet farbuje włosy, bo chce zmienić ich kolor. Większość blondynek nie jest naturalnymi blondynkami.

A przecież farbowanie włosów jest inwazyjne – trzeba najpierw je zdekoloryzować, aby potem można było nałożyć nowy kolor. Dlatego też farby do włosów mają tak nieprzyjemny zapach.

Co więcej odrosty pojawiają się dość szybko, nawet po użyciu najlepszej jakości farb. Dlatego przed podjęciem decyzji o zmianie koloru, warto wziąć to pod uwagę, że jeśli wybierasz barwę zupełnie różną od naturalnej, musisz przewidzieć odpowiedni budżet i znaleźć czas, żeby regularnie chodzić do fryzjera.

Włosy i zdrowie

Włosy oklapłe, suche, cienkie, łamliwe są oznaką złego stanu zdrowia.

Wegetarianie, weganie i frutarianie, którzy nie dbają o włosy, wysyłają swojemu otoczeniu bardzo mylny sygnał. Ludzie zaczynają przez to myśleć, że to właśnie zdrowy i ekologiczny tryb życia sprawia, że wygląda się na człowieka o słabym zdrowiu. A to przecież nieprawda!

e371-6

Byłemu szefowi francuskiej Powszechnej Konfederacji Pracy,
Bernardowi Thibaultowi, nie pomogłoby farbowanie włosów
– są one tak oklapłe, że sprawia on wrażenie osoby schorowanej.

Naturalne sposoby na piękne włosy

Poza wyborem odpowiedniej fryzury (w tym temacie już nic więcej nie powiem, gdyż chciałbym pozostawić każdemu wybór i przestrzeń do własnych przemyśleń), pragnąłbym również podzielić się ogólnymi wskazówkami, które uczynią włosy pięknymi i zdrowymi.

Polecam:

  • Płukanie włosów octem jabłkowym.
  • Wmasowywanie we włosy oleju kokosowego.
  • Przyjmowanie selenu i cynku.

Powtórzę raz jeszcze, wybór fryzury to kwestia absolutnie kluczowa!

Powróć myślami do Scarlett Johansson i do zdjęć z początku tego artykułu. Gdyby nie odkryła ona niepodważalnej potęgi odpowiednio dobranej do osobowości i aparycji fryzury, możliwe, że nie byłaby dziś tą samą osobą i wiodłaby zupełnie inne życie!

Myśl o niej i podążaj jej śladem!

Nie mów sobie „nie dam rady”, bo to nieprawda. Jeśli uważnie przyjrzysz się pierwszemu zdjęciu, dojdziesz do wniosku, że Scarlett mogła równie dobrze nigdy nie stać się sławna dzięki swojemu pięknu.

Zdrowia życzę,
Jean-Marc Dupuis ”

 

Babcia mówiła: żyj zdrowo i kochaj!

Lubię bociany...Już jest lato! Dlatego i nie tylko, warto pomyśleć o tym jak zdrowo żyć, oczywiście jeśli mamy sobie coś do wyrzucenia w tej sprawie, a podejrzewam, że nieomal wszyscy jednak mamy. 🙂

Zachęcam do poznania kolejnego tekstu Jeana Marca Dupuis „Prosta rada na unikanie chorób”. Dlaczego? Jak? Co prawda tekst odpowiada na te  pytania, ale wtrącę swoje przemyślenia, które pojawiły się po miłym spotkaniu uroczych ludzi: starszej pani i pana – małżeństwo, chyba bliżej 80.

Wiadomo – w tym wieku zwykle coś boli, ale…  Ich dewiza życiowa to:  Miłość, Przyjaźń, Ruch i Przygoda. Od lat są wegetarianami, podróżują, mają szerokie kontakty także zdobyte przez internet, pozbyli się telewizora, kupili komputer i internet; chodzą do kina, teatru, na wystawy, odwiedzają przyjaciół i rodzinę za granicą. Mają rower – tandem i jeżdżą na wycieczki, opowiadają dowcipy, są uśmiechnięci, zadowoleni – cieszy ich Życie. Są na co dzień ciekawi świata, ludzi i nowości przeróżnych. O chorobach nie chcą mówić, bo i po co, biorą leki – jak podkreślają: „To tylko dwie tabletki codziennie i jest OK!”

Zawsze miałam wrażenie, że istnieję, funkcjonuję podobnie, ale to piękne małżeństwo zaimponowało mi bardzo! SĄ SUPER!

ZAPRASZAM DO POCZYTANIA I PRZEMYŚLENIA – WARTO.

Artykuł pochodzi z newslettera Poczta Zdrowia, przekazującego najnowsze, potwierdzone badaniami naukowymi, informacje o naturalnych metodach leczenia i zapobiegania chorobom. Można go zaprenumerować bezpłatnie na stronie www.PocztaZdrowia.pl.

 

Prosta rada na unikanie chorób

Szanowny Czytelniku,

Jean-Pierre ma 55 lat i cieszy się doskonałym zdrowiem.

Jednak gdyby się bardzo postarał, mógłby doszukać się u siebie tuzina chorób…

Zdarza mu się zdenerwować, kiedy utknie w korku lub kiedy klienci nękają go poza godzinami pracy.

Gdyby lekarz zmierzył mu w takich momentach ciśnienie krwi, wynik z pewnością wskazałby na nadciśnienie.

Jean-Pierre ma 183 cm wzrostu i waży 84 kilogramy. Jego wskaźnik masy ciała (BMI) wynosi 25,1. Poziom BMI pozostający w granicach normy to 20–24,9.

Diagnoza: nadwaga.

Po spożyciu niektórych pokarmów Jean-Pierre odczuwa niekiedy pieczenie w dolnej części klatki piersiowej tuż nad żołądkiem. Dzieje się tak zwłaszcza wtedy, kiedy napije się zagęszczonego soku pomarańczowego lub cydru.

Diagnoza: refluks żołądkowo-przełykowy.

Zdarza mu się budzić w nocy i pójść do łazienki, żeby opróżnić pęcherz.

Diagnoza: łagodny przerost gruczołu prostaty.

Kiedy wstaje rano, odczuwa sztywność nóg i pleców, potrzebuje kilku chwil, żeby odzyskać pełną sprawność i giętkość.

Diagnoza: choroba zwyrodnieniowa stawów.

Jean-Pierre ma często zimne ręce, zwłaszcza w chłodne i deszczowe dni zimową porą. Kiedy pada śnieg, nie wychodzi z domu bez podwójnej warstwy rękawiczek. Kawa nasila ten problem, a alkohol go łagodzi.

Diagnoza: choroba Raynauda.

Jean-Pierre ma zwyczaj robić wieczorem listę zakupów i spraw do załatwienia na następny dzień, żeby o niczym nie zapomnieć. Miewa też trudności z zapamiętywaniem imion. Mimo że lepiej nie zapisywać PIN-u do karty bankomatowej czy haseł, Jean-Pierre przechowuje te dane w notesie, skrzętnie ukrytym w biurku.

Diagnoza: łagodne upośledzenie funkcji poznawczych, początki choroby Alzheimera.

Ale to jeszcze nic. Gdyby Jean-Pierre przeszedł rutynowe badania, lekarz z pewnością wykryłby kolejne anomalne wyniki – symptomy rozmaitych chorób.

Masa ukrytych „chorób”

Wystarczyłoby, żeby Jean-Pierre poddał się dokładniejszym badaniom krwi, w tym badaniom hormonalnym (hormonów tarczycy czy płciowych) i składu krwi (ilości krwinek białych, czerwonych, płytek krwi).

Z pewnością przynajmniej jeden z pomiarów dałby wynik odbiegający od normy.

Jednak prawdziwym strachem mogą napawać Jean-Pierre’a (i jego żonę) badania tomograficzne i kolonoskopia (badanie z wykorzystaniem mikroskopijnej kamery, którą wprowadza się poprzez odbyt w celu obejrzenia jelita).

Guzki w płucach, torbiel nerek, polipy w okrężnicy (jelicie grubym), komórki rakowe w prostacie, przepukliny i anomalie kości – przeskanowanie ciała z pewnością pozwoli odkryć wiele podejrzanych i niepokojących objawów.

Zdiagnozowanie choroby nie oznacza poprawy zdrowia pacjenta

Większość ludzi uważa, że im wcześniej zdiagnozuje się choroby, tym lepiej, bo dzięki temu łatwiej będzie je wyleczyć. Jednak z punktu widzenia medycyny to założenie nigdy nie zostało potwierdzone.

We wszystkich wymienionych powyżej przypadkach to, że dzięki badaniu medycznemu Jean-Pierre odkryje w swoim organizmie jakąś „nieprawidłowość”, w żaden sposób nie zatrzyma jej rozwoju.

Według wszelkiego prawdopodobieństwa przyjmowanie leków lub poddanie się operacji narazi go tylko na niepotrzebne ryzyko.

Jeśli Jean-Pierre czuje się zdrowy, powinien skupić się na korzystaniu życia, a nie szukaniu dziury w całym.

Tak czy inaczej nie ma innego sposobu na zapobieganie rozwojowi chorób niż prowadzenie zdrowego trybu życia.

Nieważne, czy jesteś zdrowy czy chory, zdrowy tryb życia polecam wszystkim, którzy chcą czuć się lepiej i uniknąć problemów zdrowotnych.

Zbyt zaawansowane metody badań

Każdego roku skanery ciała i obrazowanie metodą rezonansu magnetycznego stają się coraz bardziej zaawansowane, a tego typu badania coraz powszechniejsze.

Tomografy nowej generacji pozwalają obejrzeć wycinki ciała o szerokości 1 milimetra. Oznacza to, że na odcinku rozciągającym się od tułowia do głowy (około 80 centymetrów) można zrobić 800 zdjęć odpowiadających kolejnym wycinkom. Zdjęcia da się powiększyć setki razy i dzięki temu dostrzec najmniejszą anomalię.

Ciało ludzkie nie stanowi jednak ustandaryzowanego produktu przemysłowego. Wręcz przeciwnie: jest żywym organizmem charakteryzującym się zdumiewającą złożonością. Większość z nas żyje z przerośniętymi lub zbyt małymi organami, nawet o tym nie wiedząc.

Przeskanowanie najmniejszego organu to najprostsza droga do wywołania fali niepotrzebnych obaw.

Wiele osób wpada w tę pułapkę.

Jeśli dobrze się przyjrzeć, każdy okaże się chory

Badania dotyczące prostaty przeprowadzone w latach 80. XX w. przez patologów z Detroit (USA) w Cleveland Clinic1 pokazały, że po biopsji, „raka prostaty” zdiagnozuje się u 45% mężczyzn w wieku 50–59 lat.

Odsetek mężczyzn rzekomo dotkniętych rakiem prostaty sięga 68% u mężczyzn w wieku 60–69 lat i 82% u tych w wieku 70–79 lat.

Nawet wśród bardzo młodych mężczyzn (20–30 lat) niemalże 10% ma już „raka prostaty”.

Czy to znaczy, że trzeba się martwić, operować? Absolutnie nie. Tych mężczyzn należy zostawić w spokoju. Interweniować trzeba dopiero wtedy, kiedy rak prostaty zacznie się objawiać w postaci uciążliwych zewnętrznych symptomów.

Obecnie wiadomo, że część rodzajów raka nie jest progresywna.

Tak jest zwłaszcza w przypadku raka prostaty:

Niektóre nowotwory ulegają atrofii, czyli zanikają, ponieważ potrzebują więcej krwi niż są w stanie dostarczyć zasilające je naczynia krwionośne.

Inne nowotwory są wyłapywane przez system odpornościowy gospodarza, który je następnie niszczy.

Jeszcze inne nie są agresywne i pozostają w bezruchu aż do śmierci gospodarza (spowodowanej czymś innym niż nowotwór).

A jeszcze inne rozwijają się tak wolno, że pacjent zachoruje i umrze na inną chorobę, zanim nowotwór osiągnie rozmiar, który byłby prawdziwym zagrożeniem.

Istnieje mnóstwo przyczyn biologicznych tłumaczących brak negatywnego rozwoju nowotworów, czemu obecnie przyglądają się i co zaczynają odkrywać naukowcy2.

Można to odnieść również do innych „chorób”, które chorobami w rzeczywistości nie są.

Ogromna liczba osób od czasu do czasu cierpi na bóle brzucha. Po wykonaniu prześwietlenia okazuje się, że wiele z nich ma kamienie żółciowe. Czy to kamienie są przyczyną boleści? Ciężko powiedzieć. Przy dokładnych badaniach wykrywa się je równie często u ludzi, którzy nie skarżą się na bóle brzucha.

Wiele osób cierpi też na ból pleców i kolan. Istnieje spora szansa, że badanie metodą rezonansu magnetycznego wykaże uszkodzenia chrząstki, przemieszczone dyski lub dyskopatię.

Jednak większość z tych anomalii nie stanowi przyczyny bólu. Podobnie jak w przypadku kamieni żółciowych u osób, które nie skarżą się na ból kolan i pleców, również diagnozuje się uszkodzenia chrząstki i dyskopatię.

Jeśli dokładnie zbadać układ sercowo-naczyniowy osoby z chorym sercem, z pewnością znajdzie się w nim tętniaki, zakrzepowe zapalenie żył, zator w aorcie, nogach, płucach…

Czy należy brać leki lub operować? Po dokonaniu „odkrycia” podjęcie decyzji jest bardzo trudne zarówno dla pacjenta, jak i dla lekarza.

Nieodparta chęć podjęcia jakiegoś działania

Jedno jest pewne – jeśli pacjent nie zrobi nic, a problem rozwinie się w niepożądanym kierunku, lekarz będzie miał ogromne wyrzuty sumienia, może nawet zostać pociągnięty do odpowiedzialności karnej i stracić prawo do wykonywania zawodu.

Natomiast pacjent będzie żył, mając nad sobą „miecz Damoklesa”.

Dla bezpieczeństwa i jedna, i druga strona w miarę możliwości na ogół podejmuje działania zapobiegawcze, a przynajmniej wykona dodatkowe badania, które zwiększają ryzyko wykrycia kolejnych, do tej pory ignorowanych problemów zdrowotnych.

To błędne koło w dużym stopniu tłumaczy, dlaczego szpitale tak bardzo i tak szybko się rozrastają, podobnie jak kolejki w poczekalniach, koszty związane z opieką zdrowotną, a także liczba osób, które biorą leki codziennie i uważają się za chore.

Zaczekaj na pojawienie się objawów, zanim pójdziesz na konsultację

Według dra Gilberta Welcha, specjalisty rangi międzynarodowej ds. wykrywania chorób i profesora w Dartmouth Institute for Health Policy and Clinical Practice (USA).

„Dawniej ludzie szli do lekarza tylko wtedy, kiedy czuli się naprawdę źle, czekali, aż pojawią się objawy.

Jednak wzorce uległy zmianie. Wczesne diagnozowanie stało się głównym celem systemu opieki zdrowotnej.

Ogólne przekonanie mówi, że wczesne wykrywanie pozwala na lepsze leczenie.

W niektórych przypadkach to stwierdzenie może się okazać prawdziwe. Jednak warto też spojrzeć na drugą stronę medalu – zbyt intensywna diagnostyka może zamienić ludzi o dobrym zdrowiu w osoby chore. Badania diagnostyczne często prowadzą do podjęcia leczenia i to leczenia problemów, które nie są poważne lub które w ogóle problemami nie są. Co więcej, niepotrzebne leczenie może okazać się bardziej brzemienne w skutki niż sama choroba. (…)

Wczesne diagnozowanie stało się synonimem medycyny zapobiegawczej, którą uważa się za coś dobrego z natury, a co za tym idzie, wczesne wykrywanie chorób też postrzega jako dobre. W rzeczywistości wczesna diagnostyka nie ma nic wspólnego z zapobieganiem, ponieważ jej jedynym celem jest wykrycie choroby, a nie jej leczenie. Jej zadaniem jest wykrywanie anomalii w początkowym stadium tak, żeby można było zapobiec konsekwencjom ich rozwoju, a przecież wiele z tych anomalii nigdy nie pociągnie za sobą żadnych konsekwencji!”3

Wczesna diagnostyka prowadzi więc do sytuacji, w której miliony osób, które uważają się za chore, poddają się rozmaitym badaniom i medycznym interwencjom zupełnie bez potrzeby.

Dr H. Gilbert Welch dodaje:

„Tak jak mówiła moja babcia, kiedy byłem mały: prawdziwe zapobieganie polega na niepaleniu, jedzeniu zupy i warzyw, spędzaniu czasu na świeżym powietrzu (z podprogową wiadomością: uprawiaj sport i pozbądź się wszelkich napięć). Po prostu żyj zdrowo”.

To najlepsze, co możemy zrobić.

Zdrowia życzę,
Jean-Marc Dupuis

Źródła:

1) W.A. Sakr, D.J. Grignon, G.P. Hass et collab., Age and Racial Distribution of Prostatic Intraepithelial Neoplasia, European Urology, 30 (1996): 138-144.

2) W.J. Mooi et D.S. Peeper, Oncogene-induced Cell Senescence – Halting ont the Road to Cancer, New England Journal of Medicine, 355 (2006): 1037-1046; J. Folkman et R. Kalluri, Cancer without Disease, Nature, 427 (2004): 787; M. Serrano, Cancer Regression by Senescence.

3) H. Gilbert Welch, Overdiagnosed: Making People Sick in the Pursuit of Health, janvier 2012.

 

Masowa propaganda negowania rzeczywistości (fale elektromagnetyczne)

Po dokładnym przeczytaniu i uzyskaniu zgody Redakcji „Poczta Zdrowia” postanowiłam zamieścić poniższą publikację.  Jest interesująca i dotyczy naszego – cennego przecież – ZDROWIA. Napisał ją Jean-Marc Dupuis. Moim zdaniem jest tu wiele ważnych informacji, tekst napisany jest obiektywnie i ciekawie, poparty przykładami i badaniami.

Wątpię by ktoś po zapoznaniu się z tym artykułem zechciał zrezygnować np. z komputera czy z telefonu komórkowego, ale przemyśleć co nieco chyba warto.

Zachęcam do poczytania 🙂

————————————————————————————————————————-

Artykuł pochodzi z newslettera Poczta Zdrowia, przekazującego najnowsze, potwierdzone badaniami naukowymi, informacje o naturalnych metodach leczenia i zapobiegania chorobom. Można go zaprenumerować bezpłatnie na stronie http://www.PocztaZdrowia.pl.

Czy szkodzą Ci fale elektromagnetyczne?

Szanowny Czytelniku,

wyobraź sobie, że zwykła obecność telefonu komórkowego, anteny przekaźnika, a nawet sprzętów elektrycznych, wywołuje u Ciebie dolegliwości bólowe, bóle głowy, bóle zębów, dzwonienie w uszach, uczucie pieczenia skóry.

Nie możesz już wejść do żadnego biura ani do galerii handlowej… Musisz wydać fortunę i poświęcić dużo czasu na zaaranżowanie domu w taki sposób, by się zabezpieczyć. I nawet do centrum handlowego nie możesz już wyjść bez kasku osłoniętego aluminium…

Efekt? Zamiast wzbudzać w innych litość, wywołujesz drwiny.

Z kolei ze strony świata medycznego czeka Cię tylko brak zrozumienia, uśmiechy za plecami, sarkazm. Jedynymi zainteresowanymi osobami są dziennikarze telewizyjni, którzy chcą zrealizować program dokumentalny o Twoim dziwacznym przypadku.

W rzeczywistości, całe społeczeństwo staje na uszach, by negować bezsporną rzeczywistość: fale elektromagnetyczne opanowały nasz świat, zaś ich wpływ na działanie naszych komórek jest równie pewny jak to, że Ziemia krąży wokół Słońca, co za chwilę wyjaśnię.

Masowa propaganda negowania rzeczywistości

Osoby zaniepokojone falami elektromagnetycznymi padają ofiarą masowej propagandy. Robi się wszystko, co można, by zaklasyfikować je jako szaleńców lub hipochondryków (chorych z urojenia).

Prawdą jest, że za sporem tym stoją ogromne pieniądze. Gdyby jutro przyznano oficjalnie, że fale elektromagnetyczne wywołują u dzieci nadaktywność, stresują dorosłych, zabijają komórki, przyśpieszają starzenie i wywołują raka… splajtowałyby całe obszary gospodarki.

Nie tylko przemysł telekomunikacyjny, ale także wszelkie sektory gospodarki korzystające z Wi-Fi, telefonii mobilnej, radia, a także komunikacji satelitarnej.

W państwach rozwiniętych trzeba byłoby przeorganizować funkcjonowanie całego społeczeństwa. Ale, czego powszechnie nie wiemy, to – że to ma tym bardziej zastosowanie do krajów rozwijających się.

W państwach tych nigdy nie doszło do rozwoju lądowej infrastruktury telekomunikacyjnej (kablowej i po sieciach elektrycznych). Natomiast są one pokryte siecią telefonii komórkowej, która stała się nieodzowna ludności w jej codziennych zajęciach: handlu, transporcie, informacji, a nawet usługach bankowych. Bez niej – byłaby katastrofa.

Zmowa milczenia wokół nadwrażliwości na fale elektromagnetyczne

Nie dziwi więc zmowa milczenia panująca obecnie wokół przypadków nadwrażliwości na fale elektromagnetyczne.

Mowa tu o opisywanych przez lekarzy przypadkach klinicznych osób cierpiących na najróżniejsze objawy w obecności fal elektromagnetycznych: bóle czaszki, bóle zębów i dziąseł, szumy uszne (dzwonienie w uszach), zakłócenia rytmu serca, bóle stawów, niespokojny sen, zmęczenie, drażliwość…

Aby chronić się przed działaniem fal elektromagnetycznych, osoby takie są zmuszone mieszkać w coraz rzadziej spotykanych lasach, górach czy jaskiniach, które jeszcze oparły się obecności fal elektromagnetycznych. W miastach, gdzie fale są wszechobecne, osoby te muszą korzystać z metalowych osłon.

W słynnym badaniu opublikowanym w 2004 r., Magda Havas i David Stetzer opisali sytuację pięciu osób, które zainstalowały w domu urządzenie wpływające na zmniejszenie prądów elektromagnetycznych w powietrzu (filtr Havas/Stetzer). Oprócz przypadków osób, które zgłaszały istotne złagodzenie bólów głowy, problemów ze snem, stanów lękowych itd., opisali też przypadek jeszcze bardziej spektakularny –osiemdziesięcioletniej kobiety cierpiącej na cukrzycę.

W ramach leczenia, co rano, o 7.00, przed zjedzeniem śniadania i podaniem insuliny, musiała ona mierzyć poziom cukru we krwi na czczo.

Przed zainstalowaniem w domu filtra, poranny poziom cukru we krwi mierzony na czczo wynosił 152-209 mg/dL, średnio 171 mg/dL. Cukrzycę charakteryzuje poziom przewyższający 126 mg/dL, zaś stan przedcukrzycowy – poziom od 100 do 125.

Nazajutrz po zainstalowaniu filtra, poziom cukru na czczo był normalny i wynosił 87 mg/dL. Nie przyjęła więc insuliny (bez której groziła jej hipoglikemia). W pierwszym tygodniu poziom cukru na czczo wynosił średnio 119 mg/dL. Filtr nie miał wpływu na poziom cukru o godz. 17. Kiedy opuszczała dom i udawała się do miejsc publicznych o wysokim natężeniu fal elektromagnetycznych, poziom cukru znacznie wzrastał 1. A mimo to, bez względu na te badania, bez względu na spektakularne programy regularnie nadawane przez telewizję, zjawisko nadwrażliwości na fale elektromagnetyczne poddaje się w wątpliwość.

W dobrym tonie jest podkreślanie, że badania tych przypadków wykazały, że osoby te nie były w stanie określić na podstawie rzekomych objawów, czy rzeczywiście były one poddane promieniowaniu elektromagnetycznemu.

Towarzystwa ubezpieczeniowe się asekurują

Oficjalnie, fale elektromagnetyczne są jeszcze „niegroźne”, ale ubezpieczyciele już od dawna się asekurują. Od 2003 r. postarali się wyraźnie i pełnym zdaniem umieszczać w umowach ubezpieczeniowych z operatorami telefonii komórkowej klauzulę o nieponoszeniu odpowiedzialności za wszelkiego rodzaju szkody związane z polem elektromagnetycznym i falami elektromagnetycznymi 2.

Szkody związane z falami zyskały więc taki sam status jak szkody wywołane przez azbest: nie podlegają ubezpieczeniu, nawet jeśli zaliczane są do grupy „wysokiego ryzyka”.

Zresztą, razem z azbestem, fale elektromagnetyczne zostały zaliczone do kategorii 2B czynników przypuszczalnie kancerogennych listy opublikowanej przez Międzynarodową Agencję Badań nad Rakiem Światowej Organizacji Zdrowia, tak jak ołów i DDT3. I nie bez przyczyny: w ujęciu medycznym, istnieją podstawy, by sądzić, że działanie naszych komórek podlega wpływowi, a nawet jest zakłócane przez fale elektromagnetyczne, które krążą wokół nas4.

Pola magnetyczne odgrywają podstawową rolę w naszym biologicznym funkcjonowaniu

Jak wskazuje ich nazwa, fale elektromagnetyczne przenikają się ze wszelkimi prądami elektrycznymi i polami magnetycznymi. A przecież i elektryczność, i pola magnetyczne pełnią zasadniczą rolę w naszym biologicznym funkcjonowaniu i nie jest możliwe, by tego przenikania nie było.

Na przykład wszystkie żywe komórki mają „plus” i „minus”, jak w magnesie.

Dzięki temu mogą wchłaniać i wydalać substancje, przyciągając je lub odpychając, takie jak jony sodu i potasu (przepływ ciągły) czy jony wapnia i magnezu.

Naukowcy są nawet w stanie za pomocą elektrod dokonać pomiarów elektrycznego potencjału na błonie komórkowej.

Zjawisko elektryczności wykorzystują również nasze komórki nerwowe (neurony) do przekazu informacji: kiedy dotykasz czegoś dłonią, receptory skórne wytwarzają niewielki wstrząs elektryczny. Komórki nerwowe przekazują go sobie jedna drugiej poprzez synapsy, które są elektrycznymi łącznikami pomiędzy komórkami, aż do mózgu.

To samo zjawisko elektryczności wykorzystywane jest w procesie myślenia. Kiedy rozmyślasz lub odczuwasz emocje, Twój mózg aktywuje się. Można by wręcz powiedzieć, że zapala się jak żarówka! Zaobserwujesz to zjawisko, poddając mózg działaniu fal magnetycznych. Fale magnetyczne są zakłócane przez wewnętrzne przepływy elektryczne, zaś pomiar tych zakłóceń wskazuje, która część mózgu pracuje. To właśnie zjawisko umożliwia diagnostykę MRI, czyli diagnostykę za pomocą rezonansu magnetycznego. Sprzęt MRI to ogromny elektromagnes, który emituje fale elektromagnetyczne przenikające Twoje ciało i w ten sposób diagnozuje jego stan.

A zatem wpływ fal elektromagnetycznych z otoczenia na ciało ludzkie to nie tylko teoria, lecz fakt.

Fale te zawsze istniały, ale w przeszłości były słabe. W przyrodzie najsilniejsze fale pochodzą z ziemskiego pola magnetycznego, co tłumaczy działanie kompasu, w którym namagnesowana igła spontanicznie wskazuje kierunek północ-południe.

Natomiast od czasu wynalezienia i rozpowszechnienia elektryczności nieporównywalnie silniejsze fale elektromagnetyczne opanowały nasz świat.

Obecnie zalewają nas elektromagnetyczne częstotliwości od 20 Hz („pociąg elektryczny”) do miliarda Hz („komunikacja bezprzewodowa”).

Ich rozwój towarzyszył rozpowszechnieniu radia w latach 20. XX w., radaru w latach 40., telewizji w latach 50., komputerów w latach 70., telefonów komórkowych w latach 90. i Wi-Fi w XXI w.

Czy to możliwe, że fale te zakłócają metabolizm komórkowy, przyśpieszając proces starzenia i sprzyjając rozwojowi niektórych chorób? Czy to możliwe, że mają wpływ na Twój układ nerwowy, wywołując bóle głowy, zmęczenie, stres?

Niestety, wydaje się, że odpowiedź na te obydwa pytania jest twierdząca.

Fale elektromagnetyczne przyśpieszają obumieranie komórek

W 2007 r. amerykańscy naukowcy poddali hodowle neuronów i astrocytów (komórek ludzkich) działaniu telefonu komórkowego GSM. Zaledwie po dwóch godzinach geny tych komórek zaczęły emitować inne informacje. W szczególności, uruchomiły się geny związane z apoptozą, czyli „programem informatycznym” odpowiedzialnym za przygotowanie śmierci komórek5.

To jest oczywiście bardzo niepokojące badanie, które pokrywa się z wynikami fińskiego badania, w którym ekspozycja komórek na fale emitowane przez telefon komórkowy spowodowała stwierdzenie zmian w strukturze białek wytwarzanych w tych komórkach6, co nie dziwi o tyle, że ostatecznie wszystkie mechanizmy biochemiczne opierają się na wymianie elektrycznej. Ważne natomiast, by pamiętać, że badania te były prowadzone na komórkach hodowlanych, nie zaś na żywych organizmach.

Fale elektromagnetyczne a stres

Wskutek tych badań, badacze zajęli się prowadzeniem badań na organizmach żywych, zaczynając od roślin.

Gérard Ledoigt z Uniwersytetu im. Pascala w Clermont-Ferrand opublikował wyniki doświadczenia na pędach pomidorów, które poddano działaniu pola elektromagnetycznego odpowiadającego polu wytwarzanym przez telefon komórkowy. Zaledwie po dziesięciu minutach, komórki zaczęły syntezę znacznych ilości tzw. „cząsteczek stresu”: kalmoduliny, inhibitora proteinazy7.

Są to takie same cząsteczki jak w komórkach ciała ludzkiego, można więc przypuszczać, że reagują w taki sam sposób.

Być może, obecność telefonów komórkowych i fal Wi-Fi w miejscach publicznych, biurach i mieszkaniach sprzyja rozpowszechnieniu stresu. Iskrzy w powietrzu – mawiali starożytni: rzeczywiście tuż przed burzą, gdy atmosfera jest naładowana elektrostatycznie, w stadach wrze; zwierzęta się atakują nawzajem, a są i takie, które są bardzo zaniepokojone.

Dlaczego więc ludzie mieliby być odporni na to zjawisko? Tę samą obserwację potwierdzają nauczyciele w szkołach. Przychodzi ulga, a wręcz radość, kiedy wreszcie słychać grzmot i spadnie deszcz, który zmywa elektryczność obciążającą atmosferę.

Szczególnie podatne na to zjawisko są dzieci, gdyż czaszka dziecka jest cieńsza i bardziej miękka. Pochłania ona o 60% promieniowania elektromagnetycznego więcej niż czaszka osoby dorosłej.

Badanie opublikowane w czasopiśmie Epidemiology wykazało, że intensywne korzystanie z telefonu komórkowego przez dzieci, a zatem ekspozycja na fale, wiąże się z 80% większym ryzykiem stwierdzenia nadaktywności i zaburzeń zachowania8.

Fale elektromagnetyczne sprzyjają powstawaniu guzów w mózgu

W 2011 r., naukowcy uderzyli na alarm po zbadaniu wszystkich dostępnych danych na temat korzystania z telefonów komórkowych. Wywnioskowali bowiem, że korzystanie z telefonu komórkowego w dłuższym okresie czasu podwaja ryzyko guza mózgu9.

Inne badanie, opublikowane w czasopiśmie Pathophysiology w październiku 2014 r., zostało przeprowadzone na dwóch grupach dorosłych cierpiących na guza mózgu. Badacze stwierdzili, że ryzyko rosło wraz intensywnością korzystania z telefonu komórkowego. Ryzyko jest jeszcze większe w przypadku osób, które rozpoczęły użytkowanie telefonu komórkowego, zanim ukończyły 20 lat. Ryzyko to wzrasta o 10%-60%, średnio o 30%10. Są to informacje podane do publicznej wiadomości. Wydaje się jednak, że słyszała o nich tylko ta część populacji, która, rozmawiając przez telefon, korzysta ze słuchawek lub zestawów głośnomówiących.

Ale niestety, takie środki ostrożności nie wystarczą.

Jak się zabezpieczyć?

Moim zdaniem podstawowym zabezpieczeniem jest ograniczenie ekspozycji na fale elektromagnetyczne.

Pierwszy krok, najważniejszy dla zdrowia, i zresztą nie tylko ze względu na fale, polega na przeprowadzce i – jeśli to konieczne – zmianie zawodu.

Większość z nas żyje w przekonaniu, które wtłoczono nam do głowy, że nie mamy wyboru – wyda się to radykalne, a nawet niewykonalne. Nie mówię, że to proste. Mówię tylko, że bardzo wielu ludzi zdecydowało się wyprowadzić daleko od centrum miasta, często za cenę niższego wynagrodzenia, ale dzięki temu jakość ich życia wzrosła. Nie powiem nic więcej w tym ważnym temacie, do którego jeszcze kiedyś wrócę.

  • Nie śpij obok telefonu komórkowego. Nie tylko należy go wyłączać i ładować na drugim końcu mieszkania, ale także przechowywać go jak najdalej od siebie: telefony komórkowe zawierają potężny magnes, który emituje fale NAWET po wyłączeniu; zresztą, jeśli możesz, po prostu obchodź się bez komórki!
  • Ogólnie rzecz biorąc, sprzęty elektryczne w domu instaluj i montuj na ścianach nabliżej tych zewnętrznych.
  • Nie umieszczaj żadnego sprzętu elektrycznego w sypialni, i dopilnuj, żeby nie było go również po drugiej stronie ściany, przy której stoi Twoje łóżko.
  • Unikaj tanich i energooszczędnych świetlówek kompaktowych, zawierających elementy elektroniczne generujące fale niskiej częstotliwości. Pilnuj zwłaszcza, by elementów takich nie zawierały lampy przy łóżku, zaś świetlówki kompaktowe zastąp żarówkami LED o ciepłej barwie światła.
  • Korzystaj z komputera z płaskim monitorem i jak najdalej odsuń się od monitora, ustawiając go na biurku jak najdalej od siebie. Używaj klawiatury i myszki podłączonych za pomocą kabli.
  • Unikaj podłączania komputera do Internetu za pomocą Wi-Fi, korzystaj z kabla.
  • Jeśli korzystasz z komputera przenośnego, nie stawiaj go na kolanach ani na brzuchu. W miarę możliwości korzystaj z dodatkowej klawiatury, myszki i jeśli możliwe również zewnętrznego monitora. Jak najdłużej pracuj na baterii, zamiast go ładować. Do ładowania wynieś go do odrębnego pomieszczenia w domu.
  • Ograniczaj korzystanie z oświetlenia elektrycznego. Odkryjesz przyjemności życia w naturalnym rytmie cyklu słonecznego. Kiedy wieczorem rozmawiasz przez telefon lub masz gości, przyciemnione światło nie tylko wystarczy, ale pomoże również stworzyć bardziej towarzyski nastrój.
  • Wyłączaj na noc wtyczkę Wi-Fi.
  • Maksymalnie ogranicz rentgen, USG, rezonans magnetyczny, echo. Postaraj się znaleźć lekarza, któremu będzie się chciało i który będzie w stanie diagnozować Cię bez zasłaniania się skomplikowanymi badaniami.
  • Jeśli masz w domu niemowlę, unikaj babyfonu: emituje on silne pulsacyjne mikrofale, szczególnie groźne dla mózgu malucha.

Zdrowia życzę,
Jean-Marc Dupuis

******************************

Źródła:

1) Dirty Electricity and Electrical Hypersensitivity: Five Case Studies. http://www.emfandhealth.com/HavasStetzerWHODirtyElectricityStudies.pdf

2) Les assureurs n’assurent plus ‘les dommages de toute nature causés par les champs et ondes électromagnétiques’ – 19/02/2003. http://www.robindestoits.org/Les-assureurs-n-assurent-plus-les-dommages-de-toute-nature-causes-par-les-champs-et-ondes-electromagnetiques-19-02-2003_a41.html

Artykuł pochodzi z newslettera Poczta Zdrowia, przekazującego najnowsze, potwierdzone badaniami naukowymi, informacje o naturalnych metodach leczenia i zapobiegania chorobom. Można go zaprenumerować bezpłatnie na stronie http://www.PocztaZdrowia.pl.

Szpital, który leczy za pomocą… whisky

Może to właśnie ten nieco smętny Dzień 1. Listopada jest dobry, aby poczytać kolejny tekst p. Jeana-Marca Dupuis, poprzedni tego Autora na temat marihuany jest  T U T A J. 

„Szpital, który leczy za pomocą… whisky” to kolejny interesujący artykuł tego Autora – cytuję w całości. Trzeba mieć nadzieję, że ten wspaniały, uniwersytecki szpital w Clermont-Ferrand nie będzie jedyny, którego kierownictwo miało odwagę także inaczej uszanować pacjentów u kresu życia. Postanowili sprzeciwić się złym, restrykcyjnym przepisom. Szpital, a w nim – whisky, bar ze świetnym winem, dobre jedzenie – dlaczego nie? Czy tak mogłoby być też w Polsce?

Artykuł pochodzi z newslettera Poczta Zdrowia, przekazującego najnowsze, potwierdzone badaniami naukowymi, informacje o naturalnych metodach leczenia i zapobiegania chorobom. Można go zaprenumerować bezpłatnie na stronie http://www.PocztaZdrowia.pl.

Szpital, który leczy za pomocą… whisky!

Szanowny Czytelniku,

uwielbiam, gdy Czytelnicy dzielą się ze mną dobrymi wieściami, o których wcześniej nie wiedziałem.

Oto jedna z nich.

We Francji, w szpitalu CHU w Clermont-Ferrand (to szpital uniwersytecki, zwany niegdyś w tym mieście „szpitalem wielkim”), od września 2014 r. postanowiono zezwolić pacjentom u kresu życia na picie whisky1.

To jeszcze nie wszystko.

Ten sam szpital postanowił także otworzyć bar z winem, w którym w przyjaznej atmosferze już niedługo oferowane będą wina grands crus, czyli produkowane ze znanych winorośli o wyjątkowej jakości.

Więźniów skazanych na śmierć traktowano lepiej

Dotychczasowa sytuacja była wręcz karykaturalna. Z tego powodu, iż miejscem pobytu „pacjentów” objętych opieką paliatywną (w ostatnim etapie życia) był szpital, pozbawiano ich większości drobnych przyjemności życia.

Czy ktoś jest w stanie powiedzieć, czemu ma służyć to, aby osobę, która z medycznego punktu widzenia wkrótce umrze, pozbawiać możliwości napicia się kieliszka whisky, jeśli właśnie to może jej sprawić przyjemność? W imię czego zabrania się pacjentowi u schyłku życia zjeść coś, co lubi, nawet jeśli jest „szkodliwe dla zdrowia”?

Nawet jeśli (pozwolę sobie pójść na całość) chodzi o pieczonego kurczaka z przypieczoną skórką, z frytkami i majonezem, w dodatku jedzonego palcami, albo też o krwistego steka z grilla z górą sosu berneńskiego, albo o wielki deser „banana split” (z podwójną bitą śmietaną). A nawet jeśli chodzi o wypalenie papierosa, a nawet… kilku papierosów, jeśli pacjent to lubi, i o ile oczywiście jest w stanie. Dotyczy to również oglądania śmiesznych filmów!

Powiem więcej. Trzeba to zrobić, jeśli tylko istnieje taka możliwość. Skoro pacjent jest już „skazany” przez medycynę, zawsze zostaje jeszcze nadzieja na uzdrowienie. Jednak do tego potrzeba, aby pacjent znalazł w sobie duchową siłę, aby chcieć wyzdrowieć.

Kiedy siły fizyczne są na wyczerpaniu, to siła ducha może zaważyć na życiu. Cudowne uzdrowienia zwykle mają szanse mieć miejsce wówczas, gdy osoba odzyskuje nadzieję, gdy ponownie odkrywa sens życia, gdy znajduje najlepszy dla siebie powód, aby wyzdrowieć i… zdrowieje. Dlatego podstawową kwestią jest wówczas, aby postawić wszystko na samopoczucie pacjenta. Ważne jest wtedy środowisko, w jakim się on znajduje, oraz ludzie, którzy go otaczają. Śmiem twierdzić, że gdyby we wszystkich ośrodkach opieki paliatywnej utworzono takie miejsca, w których można by miło spędzić czas, to częściej bylibyśmy świadkami cudów.

Jest wiele osób, które aktywnie nad tym pracują. Przykładem jest ośrodek Centre Jeanne Garnier w Paryżu. Chwała mu za to.

Być może niektórzy uznają, że tego rodzaju pomysły są kosztowne, ale sam pobyt w ośrodku opieki paliatywnej kosztuje średnio 6529 euro2. Kieliszek whisky to koszt 3 euro, kieliszek bardzo dobrego wina kosztuje 5 euro, a paczka papierosów 4 euro.

Poza tym mówimy o osobach, którym zwykle zostało zaledwie 2 tygodnie życia! Po co im wtedy moralizowanie i zakazywanie wszystkiego aż do ostatniego tchnienia? Kiedyś nawet więźniowie skazani na śmierć, niezależnie od tego, jaką zbrodnię popełnili, mieli prawo do ostatniego papierosa. A dzisiaj? Niewinni ludzie zmuszeni są umierać zaintubowani, bez prawa do ostatniego kieliszka ani ostatniego papierosa, gdyż zabrania tego regulamin szpitala. To skandal. To nieludzkie.

Spójrzmy prawdzie w oczy. Nie robiono tego wcześniej wcale nie ze względu na koszty, ale z powodu restrykcyjnych i głupich przepisów.

Tym bardziej należą się gratulacje dr Virginie Guastella ze szpitala w Clermont-Ferrand, która odważyła się przeciwstawić regulaminom i narzekaniom.

Zdrowia życzę,
Jean-Marc Dupuis

Źródła:

1) Première au CHU de Clermont-Ferrand: un bar à vins pour les patients en fin de vie; http://www.slate.fr/story/90573/bar-vins-chu-fin-de-vie

2) Soins palliatifs: un système pervers; http://www.slate.fr/story/14993/soins-palliatifs-finir-avec-tarification-absurde-pervers

Artykuł pochodzi z newslettera Poczta Zdrowia, przekazującego najnowsze, potwierdzone badaniami naukowymi, informacje o naturalnych metodach leczenia i zapobiegania chorobom. Można go zaprenumerować bezpłatnie na stronie http://www.PocztaZdrowia.pl.