mmm… jaka pyszna KAWA…

Wiking przygląda mi się, bo piję kawę!

Wiking przygląda mi się, bo piję kawę!

Są wśród nas „kawiarze” i „herbaciarze” – obu płci oczywiście ;). Jedni są nieprzejednanymi fanami kawy, a inni tak samo upartymi amatorami herbaty.  Jest też wiele osób, które lubią pić i kawę i herbatę.

DO KTÓRYCH ZWOLENNIKÓW ZALICZASZ SIĘ? Lubisz kawę czy wolisz herbatę, a może żaden z tych napojów ci nie pasuje…  zdradź mi proszę…

Jestem zdecydowaną „herbaciarą” – mam swoje ulubione mieszanki, ale chętnie pijam czasami dobrą kawę. Najlepsza wydaje mi się espresso, z odrobiną cynamonu, a jeśli do tego jest kawałeczek gorzkiej czekolady… pycha.

Trudno mi zaakceptować herbatę czy kawę pitą w plastikowych kubkach – to nie jest miłe, a raczej rzeknę, że to jest bardzo niemiłe. Moim zdaniem, jeśli to ma być przyjemność –  zarówno kawę jak i herbatę pijmy tylko w filiżankach. Trochę inne do kawy – inne do herbaty. To tak jak z winem – pite np. w kubku, czy w szklance – absolutnie NIE – wyjątkowo –  np. na biwaku pod namiotem, nad jeziorem przy ognisku… ach moje wspomnienie lata klik tutaj ;). Wiadomo – wino to tylko w kieliszkach, kielichach – różne do różnych win.

Wracając do KAWY – p. Jean Marc Dupuis pisze o najnowszych wynikach badań, które fanom kawy dają ważne i przekonujące argumenty.

Zapraszam do poczytania, bo to interesujący, fajnie napisany i ważny tekst.

Artykuł pochodzi z newslettera Poczta Zdrowia, przekazującego najnowsze, potwierdzone badaniami naukowymi, informacje o naturalnych metodach leczenia i zapobiegania chorobom. Można go zaprenumerować bezpłatnie na stronie http://www.PocztaZdrowia.pl.

„Nowe uspokajające badanie na temat kawy

Szanowny Czytelniku,

kawa jest jak polityka. Możesz być za, możesz być przeciw; denerwujesz się, kiedy spotykasz osobę, która ma inne zdanie. I rzadko zmieniasz swoje.

Pięć lat temu byłem zdecydowanym wrogiem kawy. Przeczytałem gdzieś, że kawa blokuje trawienie. Wypita po posiłku pozwala uniknąć popołudniowej senności, ponieważ, zwyczajnie, posiłek pozostaje w żołądku!

A zatem kawa pomagała uniknąć drzemki, ale powodowała także wzdęcia, gazy i niewłaściwe wchłanianie składników pokarmowych wywołane nieprawidłowym trawieniem. Ponadto, byłem przekonany, że jako środek pobudzający kofeina zaburza sen oraz powoduje, że ludzie są pobudzeni, agresywni. Myślałem, że zbyt wiele kawy w biurze to źródło konfliktów, braku koncentracji, pochopnych decyzji.

A zatem starałem się unikać, o ile to tylko możliwe, kawy. I bez żalu rezygnowałem również z korzyści związanych z zawartymi w niej przeciwutleniaczami czy też ze stymulującym intelekt działaniem.
Ale z wiekiem, człowiek się zmienia… Dlatego, w związku z coraz większą liczbą badań naukowych na ten temat, zmieniłem zdanie.

Jakiś czas temu podsumowałem wszystko, co na chwilę obecną wiemy o kawie1. Wniosek był prosty: korzyści płynące z picia kawy przewyższają jej wady. Jeśli lubisz kawę, możesz bez zastanowienia pić trzy do czterech filiżanek dziennie.

Nie będę tu wygłaszał kolejnego „wykładu” na temat kawy. Ale mimo wszystko chcę podkreślić, że przeprowadzone zostało nowe i bardzo obszerne badanie, które jeszcze raz potwierdziło, że w umiarkowanych ilościach kawa jest doskonała. To badanie opublikowane w czerwcu w piśmie naukowym Comprehensive Reviews in Food Science and Food Safety.

Naukowcy z Uniwersytetu w Ulster skompilowali wyniki 1277 poważnych badań naukowych poświęconych kawie, przeprowadzonych w okresie od 1970 r. do dnia dzisiejszego.

Wnioski: „dobroczynne lub neutralne skutki picia kawy w umiarkowanych ilościach przez osoby dorosłe wyraźnie przewyższają zagrożenia związane z jej piciem” w przypadku problemów zdrowotnych, tj.:

  • chorób układu krążenia,
  • nowotworów,
  • problemów z wątrobą,
  • problemów neurologicznych,
  • problemów związanych z przemianą materii (trawienie, cukrzyca, otyłość).

Prawda, której nie mamy ochoty słyszeć

Po tych dobrych wieściach muszę Ci jednak także przekazać prawdę, którą niekoniecznie chciałbyś usłyszeć:

Dobroczynne działanie kawy dotyczy samej kawy jako takiej, czarnej, bez cukru, śmietanki, mleka i drobnych przyjemności do kawy typu ciasteczko, czekoladka czy ciasto. Z wyjątkiem kostki gorzkiej czekolady z przynajmniej 70% zawartością kakao.

Nie mówimy tu więc o „kawie dla łasuchów”, która od kilku lat święci triumfy w restauracjach. Nie ma mowy o ciasteczkach owsianych, brownie, serniczku czy szarlotce ładnie wyglądających z filiżanką kawy.

Wiem, że trudno to przyjąć, ale taka jest przykra prawda.

Na pocieszenie dodam jednak, że to tylko kwestia przyzwyczajenia. Jeśli przymusisz się do picia kawy bez mleka i cukru, na początku będzie Ci trudno.  Ale wierzę, że w końcu polubisz smak małej czarnej oraz bardzo gorzkiej czekolady, na początku tak trudny do zniesienia. Mówię o tym z doświadczenia.

I nie tylko polubisz, ale dojdziesz również do wniosku, że ten smak daje więcej przyjemności niż smak cukru i śmietanki. To smak, który ma więcej charakteru, mocy, ale także pewną łagodność i przede wszystkim subtelność. Docenisz różne gatunki kawy i czekolady, tak, jak dobre wino.

Na początku wcale nie będzie łatwo, ale uwierz mojemu doświadczeniu: gra jest warta świeczki. To dla Ciebie nowe wyzwanie i miejsce do odkryć. Skorzystaj z niego! W końcu żyje się tylko raz!

Źródła:

Journal Reference: L. Kirsty Pourshahidi, Luciano Navarini, Marino Petracco, J.J. Strain. A Comprehensive Overview of the Risks and Benefits of Coffee Consumption. Comprehensive Reviews in Food Science and Food Safety, 2016; 15 (4): 671 DOI: 10.1111/1541-4337.12206

http://onlinelibrary.wiley.com/doi/10.1111/1541-4337.12206/abstract;jsessionid=27D06D0D5157741D21A26F295CD124E2.f01t02

1) Por. newsletter Poczta Zdrowia „Koza odkrywa cudowne lekarstwo”

https://www.pocztazdrowia.pl/artykuly/koza-odkrywa-cudowne-lekarstwo

Zdrowia życzę,
Jean-Marc Dupuis ”

 

Pozdrawiam Cię miło…

 

Reklamy

DOBRE SŁOWA. Jakie? Kiedy? Dlaczego? Po co?

Znamy powiedzenie, że SŁOWO może zabić, też pewnie je znasz. Tak jak wszyscy znamy też DOBRE SŁOWA. Szukamy dobrych słów w sobie, w innych, dla siebie i dla tych, którzy wg nas zasługują na nie od nas. Czy to tak działa? Pewnie nie zawsze…

Ten wstęp piszę, aby opowiedzieć pewne zdarzenie, które wydaje się dość niezwykłe. Może kiedyś występowało częściej, ale teraz chyba rzadko…

Jadę autem po drodze ekspresowej, jest tuż przed południem, upalnie, pustawo. Mam przed sobą jeszcze ponad 100 km. Wyjechałam rano i mam chęć na małą przerwę, kawę… jest jakiś niewielki zajazd, nieco poza drogą, ale zajeżdżam. Pusto, jakby nieczynny, ale na parkingu stoją dwa auta. Przechodzę obok nich i nagle! słyszę dziwny odgłos, chyba z auta. Nasłuchuję…  Zaglądam do auta, a tam na tylnym siedzeniu leży spory, 20160402_145522młody pies. Zapukałam w szybę pies nie reaguje, próbuję otworzyć drzwi auta – zamknięte. Widzę, pies ledwie dyszy. Biegnę do zajazdu – drzwi pozamykane, nikogo nie widać. Upał wielki! Jakieś boczne drzwi otwarte, wbiegam, wołam… nic, nie ma nikogo. Biegnę na tyły budynku, też nie ma nikogo! Pusto. Czyje te auta?

Wracam do psa. Wołam do niego, leży na tylnym siedzeniu i chyba… śpi, albo kona!!!  Dzwonię na policję – zajęte. Krzyczę… raczej do siebie, że przecież ten pies umrze! Jest straszny upał, a tu nie ma nikogo! Wiem, że jest takie prawo, że mogę zbić szybę i uratować psa! To mi już chwilę wcześniej przyszło do głowy, ale nie chciałam tego robić, bo to dla kogoś straty… kłopot. Poza tym trochę bałam się co będzie dalej, nigdy nie byłam w takiej sytuacji ale… nawet jak będę musiała zapłacić za tę szybę to muszę to zrobić.

Szybko zaczęłam szukać w swoim aucie czegoś czym mogłabym zbić tę szybę – mam przecież podnośnik. Biorę, idę do psa, a on już nie reaguje na nic… Uderzam w tylną – mniejszą szybę – raz, nie udaje się, drugi też nie. Trzeba mocniej. Włącza się alarm. Uderzam – zbiłam szybę w aucie obcym ludziom! Kara mnie nie minie, ale co tam…

Straszny zaduch bucha z kabiny auta. Koszmarne wrażenie! Pies, pies, co z nim! Otwieram drzwi. Lecę do mego auta po wodę mineralną. Dotykam psa, głaszczę i podaję na dłoni wodę, otwiera oczy, zamyka, mocno wciąga powietrze i już czuje wodę… jeszcze chwila – pije! Jeden łyczek, drugi… już nie… Próbuję mu pomóc wyjść, nie daje rady. Biorę go na ręce i zanoszę na trawę pod drzewem –  tu jest cień. Podaję znowu wodę na dłoniach, pije, lekko opryskuję go wodą, sapie… patrzy na mnie. Piękne oczy, śliczny pyszczek. Usiadłam obok niego, czekam aż będzie lepiej.

Słyszę głosy: Nero! Nero! Dwoje dorosłych i dwóch chłopców – zziajani, umęczeni… Poszli do lasu, byli daleko od auta, szli już ponad godzinę kiedy zauważyli, że nie ma psa. Zaczęli go wołać, bo byli pewni, że wyskoczył z auta – jak ponoć miał w zwyczaju – i gdzieś od razu pobiegł. Szukali, wołali chodząc po lesie… drugą godzinę. Postanowili wracać na parking. Byli pewni, że pies zgubił się i może tu wróci. Zobaczyli tę stłuczoną szybę i po chwili psa pod drzewem. Zrozumieli. Zaskomlał na ich widok, ale nie miał siły podnieść się.

Chłopcy płaczą, mama też, tata zaczyna psa „zbierać”. Wziął go na ręce i pośpiesznie niesie do zajazdu. Wszyscy za nim, ja też. Pies poleżał, popił wody, odżył, już ma się lepiej. Trwało to prawie godzinę.

Dopiero teraz zrozumieli, że to ja uratowałam Nero.  Rzucają się, by mi dziękować… szyba! Bałam się jakiegoś ataku z ich strony, mówię, że zapłacę… ale oni… to nic – mówią – przecież dzięki temu Nero żyje! Szyba to drobiazg! Okazuje się, że to właściciele tego małego zajazdu. Nie mają wielu gości, zostawili kucharkę na gospodarstwie i poszli do lasu na grzyby.

Usłyszałam wiele dobrych słów, ale jedno zdanie, które powiedział młodszy z synów spowodowało, że i mnie się łezka zakręciła: „Pani jest aniołem Nero i naszym aniołem.” Mama przytaknęła: „To prawda! Dziękujemy!” Uśmiechy, radość, że Nero żyje.

Zostałam miło ugoszczona kawą i domowym ciastem, ale przede wszystkim DOBRYMI SŁOWAMI. Zanim odjechałam Nero przyszedł  sam do nas, powąchał mnie, spojrzał, zamerdał ogonem, delikatnie szczeknął i dał się pogłaskać. Cała piątka odprowadziła mnie na parking. Machali na odjazd… a Nero po prostu patrzył na mnie i oczami mówił DOBRE SŁOWA. Wiem, że tak mi dziękował.

Byłam szczęśliwa, że tak to wszystko się skończyło, nie oceniam ich postępowania z psem, ale jednak idąc do lasu warto psa trzymać na smyczy, bo może się naprawdę zgubić. Jakie to szczęście, że akurat tu się zatrzymałam, bo chciałam odpocząć i napić się kawy… przypadek.

Reszta podróży upłynęła mi jakoś szybko i miło, bez przygód. DOBRE SŁOWA, a nie np. złość i awantura o stłuczoną szybę, dodały mi wiary w… DOBRE SŁOWA. Bo słowa potrafią natchnąć nadzieją, optymizmem, nastawić nas pozytywnie do świata i ludzi.

Wszyscy musimy uważać na słowa, bo mogą być bardzo złą bronią. Niestety ostatnio w naszym kraju jest potwornie dużo bardzo złych słów. Po co? Dlaczego? Jak długo jeszcze będziemy zmuszani tego słuchać?! NIE POZWALAJMY – MÓWMY DOBRE SŁOWA. ZACZNIJMY OD DZISIAJ – dlaczego nie?

Dzięki! Sto lat! a także o pewnym zdarzeniu

Może przerzucić się na taki pojazd?

Wszystkim, którzy mnie tu odwiedzili w niedzielę, 22 sierpnia (ok.240 osób) przesyłam miłe dzięki i mnóstwo dobrej energii! Wznoszę toast „STO LAT!”  pysznym winem 😉

Mam szczery zamiar pisać częściej i może uda się bardziej interesująco. To takie moje  powakacyjne postanowienie, zapraszam TUTAJ . Mam nadzieję, że mi się to uda, próbować zawsze warto. 😉

A teraz to co wyżej oddzielam i spróbuję napisać o tym co mnie dzisiaj – od samego poniedziałku – wkurzyło.

Czasami muszę pojechać do tzw. ścisłego centrum Warszawy i wtedy wolę jechać miejską komunikacją, bo zaparkowanie (pomimo, że przecież płatne) to znany wszystkim kierowcom horror – możliwości zerowe, zwłaszcza kiedy człowiek pracy jest już w „niedoczasie”. Niestety jazda miejskim autobusem może mieć nieoczekiwane skutki i zrodzić ciężki stres. Jechałam na ważne spotkanie, w tzw. służbowym ubraniu, czyli nieśmiertelna, acz… elegancka garsonka, buty – szpilki, itd.

Tłok w autobusie nie zniechęcił mnie – pomyślałam – to tylko kilka przystanków – i to był 1. błąd. Kilka chwil po ruszeniu kierowca autobusu musiał mocno hamować, a na mojej garsonce i w butach wylądowała coca cola, popijana przez jakiegoś durnia – w autobusie!  Zrobiło się dziwnie i niemiło. Byłam straszliwie wkurzona i niezdolna do wyduszenia ani słowa. Pojazd stanął na przystanku i facet – nawet nie raczył przeprosić – w wielkim pośpiechu wysiadł, a ja zostałam z colą na garsonce i w butach. Nie wiadomo co zrobić, czasu nie mam, aby pojechać do firmy, z auta wziąć inny ciuch i przebrać się – niestety mniej stosowny na służbową „randkę” w zacnym gronie. Żakietu nie mogłam zdjąć – bluzka na ramiączkach. Jakaś pani usiłowała mi pomóc zetrzeć  to nieszczęście chusteczkami, ale wyszły z tego jakieś białe grudy na tkaninie i to był 2. błąd. W końcu musiałam już wysiąść, weszłam do pobliskiej kawiarni, aby wejść do toalety i zmyć wodą – to był 3. błąd – przybytek był zajęty i zajęty… a czas już prawie uciekł.

Na spotkanie pobiegłam więc… brudna taka, niestety trochę spóźniona, zdenerwowana i z poczuciem czekającej mnie klęski. Nagle podchodzi do mnie jeden z panów i z troską głośno pyta „Co się stało?” Oczywiście wszystkie czujne oczy na mnie. Pytanie wzbudziło ogólne zainteresowanie, więc opowiedziałam – no i… posypały się przykłady podobnych zdarzeń, np. komuś w tramwaju wylądował kebab na głowie, a komuś kawa z papierowego kubka na nowym płaszczu, itd. Zrobiło się jakoś… swojsko, sprawę załatwiłam pomyślnie i wyszłam uśmiechnięta. Drogę powrotną przebyłam pieszo, pomimo paskudnej lepkości w butach. Widziałam tylko ukradkowe spojrzenia pełne politowania nade mną i moją garsonką, ale co mi tam… trudno uhaha. Trzeba było to przeżyć.

Pytanie mam zasadnicze i proste: dlaczego ludzie w miejskiej komunikacji w ogóle cokolwiek jedzą?! Rozumiem cukierka, ale przecież… nie wolno! Po prostu nie wolno jeść niczego, bo to coś może wylądować na czyjejś głowie, plecach, może poparzyć (kawa) zniszczyć ubranie, narobić mnóstwo kłopotu. Takie jest prawo. Przecież te kilkanaście minut, czy nawet pół godziny i więcej można wytrzymać bez jedzenia. Widać niektórzy nie mogą, ale tak postępować po prostu nie wolno. Garsonkę musiałam zanieść do pralni.

Bardzo chciałabym poznać powody dla których tzw. kontrolerzy i kontrolerki (od biletów), których nie brakuje, nie zwracają na takich jedzących ludzi uwagi? Powinni wyjść z autobusu? Dlaczego takie zachowania są dopuszczalne?  Choć prawo (regulamin w środkach transportu miejskiego) mówi nam inaczej. Przecież osoby, które jedzą w autobusach, tramwajach, w metrze, nie tylko łamią prawo, ale są bezczelni. Nie obchodzą ich inni pasażerowie. To jest jakaś forma agresji, ze strony tych osób.

Agresja. Mocno napisane, ale takie jest moje zdanie. Jestem ciekawa Waszego zdania. Piszcie, zapraszam.

Zapraszam też do głosowania na ten, mój blog – będzie mi miło, informacje niżej. Dziękuję! 🙂

DZIĘKUJĘ! 🙂

Coś pysznego…

Nie obiecuję, że ten sernik jest mało kaloryczny. Wręcz przeciwnie.

Rodzina i przyjaciele bardzo lubią tzw. „mój sernik” i na różne okazje proszą: „Może zrobisz swój sernik?” Ten przepis przetrwał wiele lat w mojej rodzinie. Sernik rzeczywiście jest znakomity i zawsze się udaje. Do tego świetna kawa,  a może dobre wino i pyszny nastrój murowany!

Uwaga:
Wszystkie, podstawowe składniki powinny mieć temperaturę pokojową, czyli ser, jaja i masło. Najlepiej wyjąć z lodówki na dwie godziny przez pieczeniem.

Kupujemy:

1.  1 kg białego sera – ser musi być bardzo dobry, świeży, tłusty – trzeba go zemleć, albo kupić gotowy już zmielony, ale wtedy proszę zwrócić uwagę, aby był bez żadnych dodatków – np. cukru (uwaga na datę przydatności do spożycia – kwaśny ser absolutnie odpada).
2. 9 jaj – najlepiej z tzw. wolnego chowu.
3. Kostka (250 g, a nie 200g) dobrego masła – trzeba sprawdzić na opakowaniu ile jest „masła w maśle” (margaryna i „półmasło” nie sprawdzą się – sernik będzie miał wtedy niestety nieco inny smak).
4. 1 i 1/2 szklanki cukru – może być trochę mniej jeśli wolimy sernik mniej słodki.
5. Płaska łyżeczka proszku do pieczenia.
6. 2 łyżki mąki ziemniaczanej, albo dwa budynie śmietankowe, ale bez cukru.
7. Według uznania: skórka pomarańczowa i rodzynki (zwykle dodaję i rodzynki i skórkę), ewentualnie jakiś aromat.
8. Można dodać jeden cukier waniliowy – według uznania.
9. Szczyptę soli do piany z białek i drugą szczyptę do masy serowej.

Sposób przygotowania
Włączyć piekarnik, aby był nagrzany do 180 stopni. Namoczyć rodzynki. Przygotować formę do pieczenia.

Dokładnie utrzeć (mikserem, w robocie): żółtka jaj, (białka zostawiamy na pianę) masło, proszek do pieczenia, mąkę ziemniaczaną (lub budynie), cukier, ewentualnie cukier waniliowy.
Utartą masę wyłożyć do innej, trochę większej miski, dodać przygotowany – czyli zmielony – ser i pianę z białek jaj – ubitą ze szczyptą soli. Łyżką delikatnie wszystko wymieszać, aż piana połączy się z masą serową. Dodać bakalie, ewentualnie aromat. Rodzynki trzeba wcześniej namoczyć w ciepłej wodzie, aby były miękkie. Wszystko jeszcze raz, delikatnie wymieszać.

Przygotować formę do pieczenia: najlepsza jest tortownica o średnicy 28 cm, którą trzeba wysmarować masłem i posypać tartą bułką.  Nie radzę używać innego tłuszczu do smarowania formy, bo przeniknie zapach i smak do sernika. Tortownicę można wypełnić masą serową tylko do 2/3 wysokości – sernik dość mocno wyrośnie, później trochę opada. Jeśli weźmiemy mniejszą formę to trzeba masę podzielić na dwie części.

Masę wykładamy do przygotowanej tortownicy i pieczemy 50 – 60 minut. Ten czas i temperatura (180 st.) to dla elektrycznego piekarnika z termoobiegiem, sądzę, że w gazowym trzeba piec nieco dłużej. Sprawdzamy – góra musi być lekko brązowo – żółta, a sernik mocno wyrośnięty, po ostygnięciu lekko opadnie.

Sernika nie wyjmujemy z piekarnika natychmiast, wyłączamy piekarnik i dopiero po kilkunastu minutach wyjmujemy pięknie upieczony sernik. Po ostygnięciu można wyjąć z formy.

Sernik ma bogaty smak, ale można podawać go np. z bita śmietaną, z owocami, można posypać cukrem pudrem. W naszej rodzinie jada się sernik „goły” – jest pyszny. Jak kto lubi – smacznego!