Zaglądanie w siebie…

Nicość, która nicością nigdy nie jest

To może nieco dziwny podtytuł, ale jest we mnie uzasadnienie… Pewna długa, nocna rozmowa z miłą mi osobą, która miała potrzebę pogadania i wybrała mnie, zmusiła do kilku przemyśleń. Do myśli, które na co dzień odganiamy od siebie, uciekamy od nich, często nawet nie do końca uświadamiając sobie to. Bywa, że jakiś impuls z zewnątrz zmusza mnie do napisania czegoś i… nie ma rady. Piszę.  Może to poczytasz i jakoś… zniesiesz… Zapraszam 🙂

Zajrzenie w siebie to proces niełatwy. Uciekamy od tego, bo domyślamy się, że może boleć. Wydaje się, że w naszym umyśle jest tylko to co wiemy, znamy, lubimy mniej lub bardziej i rozumiemy, ale… niekoniecznie tak jest.

Ta „nicość”, może ktoś nazwie „głębia”, a może „otchłań” znana, ale niechciana – to nasza podświadomość. Czyli coś co mamy gdzieś głęboko schowane przed…  sobą. Coś co wyparliśmy z pamięci, z serca, z myśli, ale to „coś” tam jest i jeśli się z tym nie uporamy będzie nam źle i może coraz gorzej. Nie zaglądamy tam, bo są tam sprawy, wspomnienia, przeżycia, traumy które ciągle mogą sprawiać nam ból. Jednak w naszej podświadomości jest także mnóstwo wspaniałych, dobrych wspomnień, uczuć, prawd, myśli… Warto tam zaglądać i rozprawić się z tymi złymi raz na zawsze, a dobre hołubić, cenić i cieszyć się nimi.

Jasne, to nie jest łatwe, a nawet to „zaglądanie” można odczuć jak fizyczny ból. Jednak warto się tego nauczyć, dotrzeć do tej głębi siebie, rozliczyć się ze złymi sprawami i pokochać siebie. Życie toczy się dalej, nikt nas nie uchroni od złego, będą nowe zdarzenia, ale jeśli nauczymy się z nimi rozprawiać, rozumieć to będziemy ponad tym złem, ponad tym co ogranicza nas. Będziemy coraz bardziej wolni. Zagrzebywanie tego zemści się tylko na nas.

Po kilku tygodniach dowiedziałam się, że ta niełatwa, nocna rozmowa miała sens. Ta osoba stwierdziła, że poczuła się nareszcie sobą, powiedziała: „Wiele przemyślałam. Teraz jestem ważna dla siebie i lubię siebie.”. Nie ma w tym żadnej mojej zasługi, prawie nie mówiłam, tylko słuchałam i to okazało się ważne dla tej osoby. Dla mnie też – bardzo ważne. Psychologia nazywa to „rozwojem duchowym” – chyba trafnie.

Prawda jest jednak taka, że jeśli nie pokochamy siebie to będzie w nas pustka, nicość. Będziemy próbowali ją zapełnić czymś – nowymi rzeczami, ciuchami, meblami w domu, wakacjami, nowym samochodem, pracą, związkami itp. Jednak ciągle czujemy, że to wszystko nie tworzy nas, nie powoduje, że jesteśmy lepsi, milsi, bardziej szczęśliwi…  Dlatego pokochajmy siebie! To ważne zadanie na całe życie… NA DOBRE ŻYCIE ZE SOBĄ I DLA INNYCH.

Zapraszam także do poczytania  TUTAJ

Tym pięknym, zachodzącym  słońcem – pozdrawiam Cię 🙂

 

 

Reklamy

Gwiazdy mówią – rok 2017 rokiem miłości i dużych zmian

“All the love we need” – Alina Noir alinanoir.com

Witaj. To nie jest tekst mego autorstwa, ale jest w nim tyle pięknej nadziei, że postanowiłam zaprosić Cię do poczytania. Za rok będziemy wiedzieć co się spełniło, a co nie… 🙂

Astrologicznie 2017 będzie pozytywnym i postępowym rokiem. Dla większości z nas, 2017 będzie lepszy niż rok 2016. W roku 2017 góruje aspekt opozycji Jowisza i Urana i to przyniesie ekscytację i nadzieję i jednocześnie będziemy poproszeni o odpuszczenie przeszłości i przesunięcie się w kierunku jaśniejszego jutra. Rok 2017 będzie kontynuować motyw zmian, które rozpoczęły się […]

via Astrologia 2017 – Rok miłości i optymizmu — Mistyka Życia

Podoba mi się…

Jesień...

Jesień…

Jest nadzieja, że tylko dzisiaj mam „przechlapane”, bo srodze zatęskniłam za Wiosną, ale też za piękną, kolorową, ciepłą, pełną miłego słońca – Jesienią.  Lubię Jesień i kiedy są letnie upały wręcz tęsknię za naszą złotą, polską Jesienią.

W tym roku Naturze nie udała się nasza Jesień. Ledwie parę dni słońca, bez deszczu i wichrów wszelakich na początku i… koniec. Zrobiła się jakaś niby jesienio-zima, czy inny mało przyjazny twór. Szaro, buro, liście już tylko na ziemi, deszcz, wichury, mgły, ani odrobiny słońca, zimno i w dodatku trzeba było zmienić czas letni na zimowy!

Cóż – zawsze jest czym się pocieszyć. Patrzę na stosik kasztanów, są lśniące, śliczne – zbieraliśmy je w piękny, październikowy dzień. Pierwsze  listopadowe dni to wspomnienia… oglądamy zdjęcia, niektóre działają jak echo, echo… snujemy wspominki. Wspólnie przyrządzamy potrawy, które nasi kochani kiedyś lubili; delektujemy się pysznym, ich ulubionym winem, łezka się kręci…

Co do wina… kupiłam jedno z ulubionych win mojej Mamy i Dziadka. /O mojej Mamie  tutaj/. Lubiła różne wina czerwone wytrawne lub półwytrawne z Toskanii i czasami szampan. Wybrałam Wino Belnero Banfi, z Toskanii,  czerwone wytrawne. Znakomite. Intensywna, głęboka barwa. Cudny zapach wanilii, kawy i suszonych śliwek. Duży smak, o zgrabnych taninach. Wino pasuje do mięs, serów i do delikatnego popijania…

Zapraszam też na moje winne, toskańskie fascynacje KLIK TUTAJ

Mam nadzieję, że nie dopadnie mnie i Ciebie też nie – jesienna melancholia, bo to nie jest zbyt miłe, choć bywa twórcze. Może warto troszeczkę się jej poddać…

Natrafiłam na śliczny wiersz Grażyny Szałkowskiej „Podoba mi się”, Poczytaj proszę, warto… pachnie wiosną!

Pozdrawiam Cię serdecznie 😉 ♥

PODOBA MI SIĘ

Lubię słowo ubrane w ciało,
Słońce zaplątane we włosach,
Jak śnieg las przystroi na biało,
Podoba mi się w trawie rosa…

Lubię wiele punktów widzenia
I jak w marzec zmienia się luty,
Mieć kamyki szczęścia w kieszeniach,
Choć raz na miesiąc nowe buty…

Lubię mieć na kolanach kota,
Kończyć wiersze gęstym morałem,
Jak światem rządzi jesień złota
Z tym całym jej ceremoniałem…

Lubię, gdy wiersz powstaje w biegu
Ze spiesznych kilku słów w zeszycie,
Ale najbardziej ze wszystkiego
Podoba mi się życie…
Autorka wiersza – Grażyna Szałkowska ©GraSza

Nocne gadanie przy lampce wina…

Czy to jest wspaniałe, czy może… męczące, zbyt trudne… Jednak nie – to jest DOBRO.

Tak to mi dzisiaj wyszło, po trudnej pracy i po powrocie do domu. Pozwól, że powiem Ci – jakby w… sekrecie – lubię naszą/moją fajną ekipę, wspólną pracę,  żarty, a po niełatwej pracy, uśmiechy pełne ulgi, powrót ze zdjęć, rozmów i piękne, kreacyjne rozmowy przy montażu materiału; często wielkie zmęczenie, lubię nasze „przegryzki” zamiast nieomal obowiązkowego eko-jedzonka. Lubię czas gdy jesteśmy i tworzymy razem i dziękuję Im za to. Kocham powroty do domu. Przepraszam, ale wiecie przecież o co chodzi 😉

Dlaczego o tym piszę? Hmm…  te Listopadowe Dni… przecież nie jesteśmy wieczni,  choć czasami tak się nam wydaje. Wybacz, ale jakoś zebrało mi się na nostalgię w tych zaduszkowych dniach. W tym roku i w 2015  – niedawno, odeszło wiele wspaniałych ludzi kultury. Żal…

Dla mnie to szczególne Dni. Jestem często u Mamy – od zawsze u Niej w  naszym domu, a teraz… na cmentarzu. Nie ma już Jej (poczytaj: KLIK TUTAJ  ) na tym świecie, ale jest ze mną na zawsze tu i teraz. Tak czuję i tak… JEST. Przypuszczam, że często tak czujemy.Wiemy przecież, że tak jest. Obojętne Kim była Osoba Zmarła, jeśli była Ci bliska – jest przy Tobie.

Lubię to jesienne Święto. Ma w sobie DOBROĆ, wspominamy przede wszystkim Ludzi i Dobro. Choć boli,  że już Ich nie ma…  Wspomina się ukochanych ludzi, a także tych których podziwialiśmy, nie znaliśmy, ale byli nam bliscy poprzez swoje życiorysy, poglądy, śpiewy, aktorstwo, pisanie, żarty, melodie… pozostaną z nami może na zawsze…

W naszej rodzinie wspomina się zmarłych nie tylko na cmentarzu, ale też  inaczej. Jesteśmy razem. Oglądamy zdjęcia, wspominamy. Słuchamy Ich ulubionej muzyki, piosenek, wspominamy Ich żarty, zwyczaje, ulubione potrawy, wina, miejsca i różne wspólne wydarzenia. To jest dobrem.

DSC09384Moja Mama kochała nas, przyrodę, zwierzęta i życie; zamęczyła ją zła  choroba. Lubiła czarny blues, jazz i wino. Była dobrą, mądrą i piękną Kobietą i Mamą.  Kochała żyć, cieszyła Ją każda chwila. Lubiła nas – już dorosłych swoich dzieciaków razem z żonami i mężami – zapraszać na kolacje, „nocne gadanie” i lampkę wina. Miała ulubione, czerwone wina wytrawne z dodatkiem szczepu Syrah.  Zwykle było świetne wino Domaine de Tholomies Syrah Granche. Francuskie, czerwone wino wytrawne. Jest intensywne,  dojrzałe i pełne dobrych… niespodzianek. Moim zdaniem warte „grzechu”. To wino łączy nas z dobrymi wspomnieniami.  Wspólne, rodzinne, cudne wieczory z Mamą  przy tym winie.

Bądźmy z NIMI WSZYSTKIMI, nie tylko w tych listopadowych dniach. Te Dni nie muszą być smutne, bo NASI ZMARLI chyba nie chcą by były smętne.  Byli przecież uśmiechniętymi i lubiącymi cieszyć się życiem ludźmi, mieli zalety i wady – tak jak my – nie byli jakimiś bezdusznymi  pomnikami – więc ich tak nie traktujmy.

Poczujmy to, pomyślmy, przypomnijmy ich sobie, wyobraźmy. Warto.

Serdeczności dla Ciebie i Twoich Bliskich 🙂

 

Babcia mówiła: żyj zdrowo i kochaj!

Lubię bociany...Już jest lato! Dlatego i nie tylko, warto pomyśleć o tym jak zdrowo żyć, oczywiście jeśli mamy sobie coś do wyrzucenia w tej sprawie, a podejrzewam, że nieomal wszyscy jednak mamy. 🙂

Zachęcam do poznania kolejnego tekstu Jeana Marca Dupuis „Prosta rada na unikanie chorób”. Dlaczego? Jak? Co prawda tekst odpowiada na te  pytania, ale wtrącę swoje przemyślenia, które pojawiły się po miłym spotkaniu uroczych ludzi: starszej pani i pana – małżeństwo, chyba bliżej 80.

Wiadomo – w tym wieku zwykle coś boli, ale…  Ich dewiza życiowa to:  Miłość, Przyjaźń, Ruch i Przygoda. Od lat są wegetarianami, podróżują, mają szerokie kontakty także zdobyte przez internet, pozbyli się telewizora, kupili komputer i internet; chodzą do kina, teatru, na wystawy, odwiedzają przyjaciół i rodzinę za granicą. Mają rower – tandem i jeżdżą na wycieczki, opowiadają dowcipy, są uśmiechnięci, zadowoleni – cieszy ich Życie. Są na co dzień ciekawi świata, ludzi i nowości przeróżnych. O chorobach nie chcą mówić, bo i po co, biorą leki – jak podkreślają: „To tylko dwie tabletki codziennie i jest OK!”

Zawsze miałam wrażenie, że istnieję, funkcjonuję podobnie, ale to piękne małżeństwo zaimponowało mi bardzo! SĄ SUPER!

ZAPRASZAM DO POCZYTANIA I PRZEMYŚLENIA – WARTO.

Artykuł pochodzi z newslettera Poczta Zdrowia, przekazującego najnowsze, potwierdzone badaniami naukowymi, informacje o naturalnych metodach leczenia i zapobiegania chorobom. Można go zaprenumerować bezpłatnie na stronie www.PocztaZdrowia.pl.

 

Prosta rada na unikanie chorób

Szanowny Czytelniku,

Jean-Pierre ma 55 lat i cieszy się doskonałym zdrowiem.

Jednak gdyby się bardzo postarał, mógłby doszukać się u siebie tuzina chorób…

Zdarza mu się zdenerwować, kiedy utknie w korku lub kiedy klienci nękają go poza godzinami pracy.

Gdyby lekarz zmierzył mu w takich momentach ciśnienie krwi, wynik z pewnością wskazałby na nadciśnienie.

Jean-Pierre ma 183 cm wzrostu i waży 84 kilogramy. Jego wskaźnik masy ciała (BMI) wynosi 25,1. Poziom BMI pozostający w granicach normy to 20–24,9.

Diagnoza: nadwaga.

Po spożyciu niektórych pokarmów Jean-Pierre odczuwa niekiedy pieczenie w dolnej części klatki piersiowej tuż nad żołądkiem. Dzieje się tak zwłaszcza wtedy, kiedy napije się zagęszczonego soku pomarańczowego lub cydru.

Diagnoza: refluks żołądkowo-przełykowy.

Zdarza mu się budzić w nocy i pójść do łazienki, żeby opróżnić pęcherz.

Diagnoza: łagodny przerost gruczołu prostaty.

Kiedy wstaje rano, odczuwa sztywność nóg i pleców, potrzebuje kilku chwil, żeby odzyskać pełną sprawność i giętkość.

Diagnoza: choroba zwyrodnieniowa stawów.

Jean-Pierre ma często zimne ręce, zwłaszcza w chłodne i deszczowe dni zimową porą. Kiedy pada śnieg, nie wychodzi z domu bez podwójnej warstwy rękawiczek. Kawa nasila ten problem, a alkohol go łagodzi.

Diagnoza: choroba Raynauda.

Jean-Pierre ma zwyczaj robić wieczorem listę zakupów i spraw do załatwienia na następny dzień, żeby o niczym nie zapomnieć. Miewa też trudności z zapamiętywaniem imion. Mimo że lepiej nie zapisywać PIN-u do karty bankomatowej czy haseł, Jean-Pierre przechowuje te dane w notesie, skrzętnie ukrytym w biurku.

Diagnoza: łagodne upośledzenie funkcji poznawczych, początki choroby Alzheimera.

Ale to jeszcze nic. Gdyby Jean-Pierre przeszedł rutynowe badania, lekarz z pewnością wykryłby kolejne anomalne wyniki – symptomy rozmaitych chorób.

Masa ukrytych „chorób”

Wystarczyłoby, żeby Jean-Pierre poddał się dokładniejszym badaniom krwi, w tym badaniom hormonalnym (hormonów tarczycy czy płciowych) i składu krwi (ilości krwinek białych, czerwonych, płytek krwi).

Z pewnością przynajmniej jeden z pomiarów dałby wynik odbiegający od normy.

Jednak prawdziwym strachem mogą napawać Jean-Pierre’a (i jego żonę) badania tomograficzne i kolonoskopia (badanie z wykorzystaniem mikroskopijnej kamery, którą wprowadza się poprzez odbyt w celu obejrzenia jelita).

Guzki w płucach, torbiel nerek, polipy w okrężnicy (jelicie grubym), komórki rakowe w prostacie, przepukliny i anomalie kości – przeskanowanie ciała z pewnością pozwoli odkryć wiele podejrzanych i niepokojących objawów.

Zdiagnozowanie choroby nie oznacza poprawy zdrowia pacjenta

Większość ludzi uważa, że im wcześniej zdiagnozuje się choroby, tym lepiej, bo dzięki temu łatwiej będzie je wyleczyć. Jednak z punktu widzenia medycyny to założenie nigdy nie zostało potwierdzone.

We wszystkich wymienionych powyżej przypadkach to, że dzięki badaniu medycznemu Jean-Pierre odkryje w swoim organizmie jakąś „nieprawidłowość”, w żaden sposób nie zatrzyma jej rozwoju.

Według wszelkiego prawdopodobieństwa przyjmowanie leków lub poddanie się operacji narazi go tylko na niepotrzebne ryzyko.

Jeśli Jean-Pierre czuje się zdrowy, powinien skupić się na korzystaniu życia, a nie szukaniu dziury w całym.

Tak czy inaczej nie ma innego sposobu na zapobieganie rozwojowi chorób niż prowadzenie zdrowego trybu życia.

Nieważne, czy jesteś zdrowy czy chory, zdrowy tryb życia polecam wszystkim, którzy chcą czuć się lepiej i uniknąć problemów zdrowotnych.

Zbyt zaawansowane metody badań

Każdego roku skanery ciała i obrazowanie metodą rezonansu magnetycznego stają się coraz bardziej zaawansowane, a tego typu badania coraz powszechniejsze.

Tomografy nowej generacji pozwalają obejrzeć wycinki ciała o szerokości 1 milimetra. Oznacza to, że na odcinku rozciągającym się od tułowia do głowy (około 80 centymetrów) można zrobić 800 zdjęć odpowiadających kolejnym wycinkom. Zdjęcia da się powiększyć setki razy i dzięki temu dostrzec najmniejszą anomalię.

Ciało ludzkie nie stanowi jednak ustandaryzowanego produktu przemysłowego. Wręcz przeciwnie: jest żywym organizmem charakteryzującym się zdumiewającą złożonością. Większość z nas żyje z przerośniętymi lub zbyt małymi organami, nawet o tym nie wiedząc.

Przeskanowanie najmniejszego organu to najprostsza droga do wywołania fali niepotrzebnych obaw.

Wiele osób wpada w tę pułapkę.

Jeśli dobrze się przyjrzeć, każdy okaże się chory

Badania dotyczące prostaty przeprowadzone w latach 80. XX w. przez patologów z Detroit (USA) w Cleveland Clinic1 pokazały, że po biopsji, „raka prostaty” zdiagnozuje się u 45% mężczyzn w wieku 50–59 lat.

Odsetek mężczyzn rzekomo dotkniętych rakiem prostaty sięga 68% u mężczyzn w wieku 60–69 lat i 82% u tych w wieku 70–79 lat.

Nawet wśród bardzo młodych mężczyzn (20–30 lat) niemalże 10% ma już „raka prostaty”.

Czy to znaczy, że trzeba się martwić, operować? Absolutnie nie. Tych mężczyzn należy zostawić w spokoju. Interweniować trzeba dopiero wtedy, kiedy rak prostaty zacznie się objawiać w postaci uciążliwych zewnętrznych symptomów.

Obecnie wiadomo, że część rodzajów raka nie jest progresywna.

Tak jest zwłaszcza w przypadku raka prostaty:

Niektóre nowotwory ulegają atrofii, czyli zanikają, ponieważ potrzebują więcej krwi niż są w stanie dostarczyć zasilające je naczynia krwionośne.

Inne nowotwory są wyłapywane przez system odpornościowy gospodarza, który je następnie niszczy.

Jeszcze inne nie są agresywne i pozostają w bezruchu aż do śmierci gospodarza (spowodowanej czymś innym niż nowotwór).

A jeszcze inne rozwijają się tak wolno, że pacjent zachoruje i umrze na inną chorobę, zanim nowotwór osiągnie rozmiar, który byłby prawdziwym zagrożeniem.

Istnieje mnóstwo przyczyn biologicznych tłumaczących brak negatywnego rozwoju nowotworów, czemu obecnie przyglądają się i co zaczynają odkrywać naukowcy2.

Można to odnieść również do innych „chorób”, które chorobami w rzeczywistości nie są.

Ogromna liczba osób od czasu do czasu cierpi na bóle brzucha. Po wykonaniu prześwietlenia okazuje się, że wiele z nich ma kamienie żółciowe. Czy to kamienie są przyczyną boleści? Ciężko powiedzieć. Przy dokładnych badaniach wykrywa się je równie często u ludzi, którzy nie skarżą się na bóle brzucha.

Wiele osób cierpi też na ból pleców i kolan. Istnieje spora szansa, że badanie metodą rezonansu magnetycznego wykaże uszkodzenia chrząstki, przemieszczone dyski lub dyskopatię.

Jednak większość z tych anomalii nie stanowi przyczyny bólu. Podobnie jak w przypadku kamieni żółciowych u osób, które nie skarżą się na ból kolan i pleców, również diagnozuje się uszkodzenia chrząstki i dyskopatię.

Jeśli dokładnie zbadać układ sercowo-naczyniowy osoby z chorym sercem, z pewnością znajdzie się w nim tętniaki, zakrzepowe zapalenie żył, zator w aorcie, nogach, płucach…

Czy należy brać leki lub operować? Po dokonaniu „odkrycia” podjęcie decyzji jest bardzo trudne zarówno dla pacjenta, jak i dla lekarza.

Nieodparta chęć podjęcia jakiegoś działania

Jedno jest pewne – jeśli pacjent nie zrobi nic, a problem rozwinie się w niepożądanym kierunku, lekarz będzie miał ogromne wyrzuty sumienia, może nawet zostać pociągnięty do odpowiedzialności karnej i stracić prawo do wykonywania zawodu.

Natomiast pacjent będzie żył, mając nad sobą „miecz Damoklesa”.

Dla bezpieczeństwa i jedna, i druga strona w miarę możliwości na ogół podejmuje działania zapobiegawcze, a przynajmniej wykona dodatkowe badania, które zwiększają ryzyko wykrycia kolejnych, do tej pory ignorowanych problemów zdrowotnych.

To błędne koło w dużym stopniu tłumaczy, dlaczego szpitale tak bardzo i tak szybko się rozrastają, podobnie jak kolejki w poczekalniach, koszty związane z opieką zdrowotną, a także liczba osób, które biorą leki codziennie i uważają się za chore.

Zaczekaj na pojawienie się objawów, zanim pójdziesz na konsultację

Według dra Gilberta Welcha, specjalisty rangi międzynarodowej ds. wykrywania chorób i profesora w Dartmouth Institute for Health Policy and Clinical Practice (USA).

„Dawniej ludzie szli do lekarza tylko wtedy, kiedy czuli się naprawdę źle, czekali, aż pojawią się objawy.

Jednak wzorce uległy zmianie. Wczesne diagnozowanie stało się głównym celem systemu opieki zdrowotnej.

Ogólne przekonanie mówi, że wczesne wykrywanie pozwala na lepsze leczenie.

W niektórych przypadkach to stwierdzenie może się okazać prawdziwe. Jednak warto też spojrzeć na drugą stronę medalu – zbyt intensywna diagnostyka może zamienić ludzi o dobrym zdrowiu w osoby chore. Badania diagnostyczne często prowadzą do podjęcia leczenia i to leczenia problemów, które nie są poważne lub które w ogóle problemami nie są. Co więcej, niepotrzebne leczenie może okazać się bardziej brzemienne w skutki niż sama choroba. (…)

Wczesne diagnozowanie stało się synonimem medycyny zapobiegawczej, którą uważa się za coś dobrego z natury, a co za tym idzie, wczesne wykrywanie chorób też postrzega jako dobre. W rzeczywistości wczesna diagnostyka nie ma nic wspólnego z zapobieganiem, ponieważ jej jedynym celem jest wykrycie choroby, a nie jej leczenie. Jej zadaniem jest wykrywanie anomalii w początkowym stadium tak, żeby można było zapobiec konsekwencjom ich rozwoju, a przecież wiele z tych anomalii nigdy nie pociągnie za sobą żadnych konsekwencji!”3

Wczesna diagnostyka prowadzi więc do sytuacji, w której miliony osób, które uważają się za chore, poddają się rozmaitym badaniom i medycznym interwencjom zupełnie bez potrzeby.

Dr H. Gilbert Welch dodaje:

„Tak jak mówiła moja babcia, kiedy byłem mały: prawdziwe zapobieganie polega na niepaleniu, jedzeniu zupy i warzyw, spędzaniu czasu na świeżym powietrzu (z podprogową wiadomością: uprawiaj sport i pozbądź się wszelkich napięć). Po prostu żyj zdrowo”.

To najlepsze, co możemy zrobić.

Zdrowia życzę,
Jean-Marc Dupuis

Źródła:

1) W.A. Sakr, D.J. Grignon, G.P. Hass et collab., Age and Racial Distribution of Prostatic Intraepithelial Neoplasia, European Urology, 30 (1996): 138-144.

2) W.J. Mooi et D.S. Peeper, Oncogene-induced Cell Senescence – Halting ont the Road to Cancer, New England Journal of Medicine, 355 (2006): 1037-1046; J. Folkman et R. Kalluri, Cancer without Disease, Nature, 427 (2004): 787; M. Serrano, Cancer Regression by Senescence.

3) H. Gilbert Welch, Overdiagnosed: Making People Sick in the Pursuit of Health, janvier 2012.

 

Moja Mama, jeziora, kot, czas i… filiżanki

To pierwszy taki tekst na moim blogu. Jest za długi, wiem, ale…  Zbliża się Dzień Matki, imieniny mojej Mamy a ja już nie mogę Jej ucałować, przytulić  jak było przez wiele lat. Co roku na Dzień Matki z radością, miłością i wdzięcznością przynosiłam Jej tyle róż ile miałam lat. Kochała herbaciane…

MOJA MAMA, JEZIORA, CZAS I… FILIŻANKI

dla mojej Mamy

Czy istnieje CZAS? Czy to tylko ludzki wymysł po to, aby sterować i rozporządzać logistycznie naszym istnieniem? Po co? Dla totalnego porządku, dla rozkładów jazdy, dla spóźnialskich, aby czuli się winni… Czas jednak nie dotyczy uczuć, wspomnień, piękne, niezwykłe, trudne – każda chwila pozostaje w nas do końca, a może dłużej…

Jest lato. Wakacje. Pomimo innych, niby-lepszych, wakacyjnych zamiarów, znowu wylądowaliśmy wśród naszych  jezior, lasów, pól. Przestrzeń jakże miło znajoma, ale co roku nieco inna i ukochana. Natura zmienia się, dojrzewa i my razem z nią.

Widok z tarasu na „nasze” ukochane jezioro.

Mama nieraz pytała: „Jedziecie w tym roku na to „wasze” jezioro? Nie znudziło się wam? Może pojechalibyście w inne miejsce… nad morze, w góry?” Byliśmy wielokrotnie, ale to nie to samo… wolimy jeziora. Jesteśmy nieco durno-uparci i szczęśliwi wracamy choć na kilka dni, bo tam najpiękniej, najswojej, najmilej, najkochaniej…  Od lat zaprzyjaźniona rodzina wynajmuje nam na lato, przytulny, drewniany domek. Stoi w lesie, na małym wzniesieniu, z tarasu widać jezioro, na chłody jest kominek, na upały cień wysokich sosen i kąpiel w chłodnym jeziorze, do tego poranne koncerty ptaków. Nade wszystko najmilsza, leśna cisza.

Po odespaniu miejskiego zmęczenia możemy wstać rano i chłonąć to uroczysko. Poranne pływanie w jeziorze jest cudem – daje energię, budzi dobre siły i wrażliwość na resztę świata. Na tarasie rozkoszujemy się mglisto-słonecznym porankiem, zapachami ziemi, roślin, jeziora – powietrzem i sobą. Jesteśmy jak nowi, inni – tak mało jest czasu na co dzień. Kawałek chleba z masłem smakuje tu na wspak do  miastowego, a herbata, kawa (ach ta woda!) zachwyca kolorem, przyciąga i kusi  niezwykłym aromatem.

Wiesz – mówię do męża – chciałabym, aby choć raz przyjechała tu Mama. Zna to miejsce tylko ze zdjęć i z naszych zachwytów.  Prosiłam wiele razy, ale żartowała, że nie ma zamiaru łowić ryb, albo „za daleko, nie chce mi się jechać”. Jakoś nie dała się namówić, a poza tym zawsze wolała morze i tam jechała.

– No jasne – mówi mój kochany – powinna tu być z nami, na pewno poczułaby się lepiej. Spróbuj, zadzwoń. Może się uda, pojedziemy po nią.

Niebywałe. Mama jest na tak! Niestety tylko na tydzień, bo ma termin badań lekarskich, ale przyjedzie. Jedziemy po nią, a późnym popołudniem wszyscy jesteśmy w naszym ziemskim raju. Mama trochę zmęczona, ale chodzi, patrzy, wdycha to pyszne powietrze, i mówi „Ależ tu cudnie! Teraz rozumiem dlaczego tak ukochaliście to miejsce. Ja też już je kocham.”

Serce mojej Mamy bije spokojniej, ma dobre ciśnienie, mówi, że czuje się świetnie, lepiej śpi, jest radosna, uśmiechnięta i pełna energii. Jakby jej serce zapomniało o niedobrej chorobie,  jest taka jak zawsze…  kiedyś, przed chorobą. Moja ukochana, śliczna Mama i pierwsza, najlepsza przyjaciółka.

Pogoda nam sprzyja. Każdy dzień zaczyna się pięknie, niebo bez chmurki, słońce, ciepło – jest cudnie. Łazimy po lasach, łąkach, polach, gadamy, pływamy, zajadamy różne pyszności, robimy zdjęcia i cieszymy się ze wspólnych chwil.

Pewnego poranka młody, biało-czarny kociak wpada na taras, zdezorientowany w pędzie wskakuje na stół, strąca, tłucze filiżanki i z wrzaskiem, przerażony ucieka. Mógł przecież poczęstować się czymś  co było na stole, ale nie udało mu się. Już nie było filiżanek. Tak ładnie wyglądały, kolorowe w porannym słońcu, na pomarańczowo-białym obrusie…

„Jeziorowe” filiżanki.

Decydujemy – lubimy herbatę, a z filiżanek smakuje najlepiej – trzeba kupić  – w domu też się przydadzą nowe. Jedziemy do pobliskiego miasteczka, spędzamy tam piękny dzień. Zwiedzamy, jemy obiad, idziemy na lody. Kupujemy jakieś drobiazgi, ale filiżanek nie ma. W kilku sklepach są tylko kubki i serwisy kawowe. Nieco zrezygnowani wracamy, ale po drodze jeszcze zahaczamy o sklepik w „naszej” wsi, a tu, na półkach stoją różne filiżanki! Są też takie jak trzeba, większe, porcelanowe, do herbaty. Czekały na nas. Jest pięć, kupujemy wszystkie.

Filiżanki są ładne, świetnie z nich się pije herbatę.  Wśród wszelkiej zieloności wokół tarasu wyglądają urodziwie na naszym kolorowym stole. Cieszą nas.

Tydzień mija za szybko. Mama musi wracać. Dwie filiżanki zabiera z radością i mówi, że będą „ważne” – „ale tylko dwie, bo trzy muszą być u was, jedna dla mnie” – śmieje się. Odwozimy Mamę, późnym wieczorem wracamy do domku, Mama wręcz zabroniła nam zostawać z nią na badania – zadzwonię, wracajcie, odpoczywajcie. Pada lekki deszcz, ale jest ciepło. Ranek wstaje rześki i słoneczny. Śniadanie… stawiam trzy filiżanki, bezmyślnie, nijak, niecelowo…

Telefon do Mamy: badania wypadły dobrze, wszystko jest ok, czuje się dobrze. Mówi  – „Pozdrówcie ode mnie jezioro, las i kota. Odpoczywajcie i niczym się nie martwcie… „

Po powrocie do domu filiżanki są z nami. Spokojnie mija kilka miesięcy. Mama dobrze się czuje, wspomina lato i mówi, że każdego ranka i popołudnia pije z nich herbatę i widzi… jezioro, las, a kiedy ma gościa tylko w tych filiżankach raczą się herbatką. „Jeziorowe” filiżanki, które po prostu są i nie wiedzą jak bardzo są ważne.

Nastaje lutowa zima i straszny czas. Mama zachorowała. Szpital, ciężki stan. Cierpi. Jestem przy niej dzień i noc. Trzymam ją za rękę i wierzę, że wszystko będzie dobrze, że jeszcze raz uda się! Nagle czuję, że Mama lekko ściska moją rękę. Otwiera oczy! Nadzieja… Lekarka bada Mamę, uśmiecha się i stwierdza, że „najgorsze mamy za sobą, idzie ku dobremu”.

Nie wytrzymuję radości, wychodzę na szpitalny korytarz, łzy same płyną. Muszę usiąść i nagle pustka…  ktoś mną potrząsa, woła po imieniu, czyżbym trochę… usnęła? Lekarka podaje mi jakiś gorzkawy płyn do wypicia i przykazuje iść do domu, przespać się, potem przyjść do Mamy – dodaje: „Nie martw się, wszystko będzie dobrze”.

Mama lepiej się czuje, jest blada, z trudem, ale uśmiecha się, chwilę rozmawiamy, słyszała co mówiła lekarka i też wygania mnie do domu. Pani doktor powtarza, abym poszła do domu, bo Mama dostała leki i teraz  musi odpocząć. Nie słucham jej, nigdzie nie idę. Jestem tam przez cały dzień do późnego wieczora. Mama śpi spokojnie. Budzi się kilka razy na chwilę, uśmiecha się na mój widok, delikatnie ściska moją dłoń i znowu zasypia. Lekarka mówi, że tak musi być „ Nabiera sił, odpoczywa i ty też musisz odpocząć, bo może być z tobą źle”.

W końcu idę do domu. Jest prawie północ, jestem sama, mąż musiał wyjechać służbowo, nie mógł tego przełożyć. Krótki telefon – z mamą lepiej, dbaj o siebie, jutro wracam. Kładę się w ubraniu na kanapie. Długo nie mogę zasnąć, w końcu zasypiam, ciężkim, trudnym snem. Podrywa mnie jakiś uporczywy dźwięk, w pierwszej chwili nie wiem co się dzieje, ale… tak, to telefon.

– Halo. Tak, to ja. Co! Jak to! Nie!!!

Dlaczego! Przecież było lepiej?! Dlaczego mnie przy Niej nie było?! Dlaczego poszłam do domu?! Jak mogłam?! Nigdy sobie tego nie wybaczę. Mama zmarła  o 1.23 w nocy. Niecałe dwie godziny była sama, beze mnie. Natychmiast znalazłam się w szpitalu. Sucha informacja – dyżurnej lekarki: „Odeszła we śnie, spokojnie, nie cierpiała”. Jak to?! Kiedy?  Dlaczego!!! Przecież miało być dobrze?! Przecież… czuła się lepiej…  co się stało…

Nie umiem sobie wybaczyć, że posłuchałam lekarki i poszłam do domu, że nie trzymałam Mamy za rękę,  może żyłaby… może jeszcze otworzyła oczy, a mnie przy Niej nie było… może… może…

Czas we mnie i wokół zatrzymał się. Nie umiałam płakać, mówić, myśleć. Przez długie miesiące niewiele z tych strasznych dni pamiętałam. Moi bliscy twierdzą, że zamieniłam się w robota, robiłam co trzeba, chodziłam do pracy, ale wszystko działo się gdzieś obok, poza mną. Nie pamiętałam wielu zdarzeń, pogrzebu, ludzi, siebie. W mojej świadomości nijak nie mógł zaistnieć fakt, że Mamy już nie ma. Jak to? Nie mogę przytulić się do Niej, porozmawiać, pośmiać się razem, zwierzyć, ani zadzwonić… do dzisiaj nie potrafię usunąć Jej numeru telefonu.

Są ludzie o sercach tak pięknych, że mieszkają w nich całe światy, moja Mama była taką Osobą. Ktoś, kto powiedział, że „ Droga ku Matce  jest początkiem szczęścia”, na pewno wiedział o czym mówi. Tę piękną drogę przebyłyśmy razem. Nigdy mnie nie zawiodła, nigdy nie ograniczała, ale umiała mądrze czuwać nade mną. To wielki trud i wielka miłość.

W końcu musiałam pójść do mieszkania Mamy. Weszłam, nie ma już miłego, znajomego zapachu Domu. Wszystko niby jest na miejscu – meble, książki, ubrania, drobiazgi, ale jakby inne i tylko ten stół, znajomy obrus w kwiatki, a na nim dwie, „jeziorowe” filiżanki. Wspomnienie naszych, radosnych, wspólnych chwil.

To dziwne, bo mam całe życie wspomnień o Mamie, z Mamą, mam listy, płyty, zdjęcia, wspólne słuchania muzyki, czytania, nauki, zabawy… wszystko – miłość, troskę i przyjaźń, ale to te filiżanki stały się dziwnie ważne. Teraz wszystkie są u nas, dbamy by się nie stłukły, zabieramy na nasze wakacyjne jeziora i na tym samym  stole, na tarasie ustawiamy  do śniadania. Czas mija, a jakby to wszystko było wczoraj, ostatniego lata, tu i teraz… Ten piękny, harmonijny Świat Natury nadal jest wokół i oby był zawsze.

Czarno-biały kociak – stał się dostojnym kotem.

Biało-czarny kot urósł i czasami wpada na taras, dostaje jakiś smakołyk i chyba nie wie, że jest powodem dobrych wspomnień. A może wie i dlatego przychodzi?

Czas nie ukoił bólu straszliwej straty, nic mądrego nie zrobił. Nie udaje mi się uwierzyć, że „czas leczy rany” – na razie niczego nie uleczył, może potrzeba więcej czasu. Nie umiem sobie wybaczyć, że nie było mnie przy Niej. Tylko niecałe dwie godziny i stało się. Myśl o Mamie jest we mnie zawsze. Czas chyba istnieje, bo ani my, ani czas nie potrafimy bez siebie żyć.

To nieco… filozoficzne zdanie przypomniało mi słowa piosenki zespołu Budka Suflera – „Martwe Morze”. Mama też lubiła ten zespół i tę piosenkę.

„… Tak przemijasz w miejscu

Spalasz się jak pustynny w słońcu głaz

Wszelki ruch to tylko pozór jest

Tylko czas do przodu gna…

Jeśli pośród naszych gwiezdnych dróg,

Pośród nieskończonych tras,

Gdzieś istnieje jeden,

Wieczny Bóg, to na imię ma on – Czas.”

Czy ten „Wieczny Bóg – Czas” to jest oszustwo i manipulacja nami? Kto to robi? Przecież godziny, sekundy, miesiące wymyśliliśmy sami. Może jest jeszcze ktoś we Wszechświecie, w Kosmosie kto dał się na to nabrać? Samotność we Wszechświecie to byłoby…  kolejne oszustwo. Mam nadzieję – jak pewnie cała ludzkość – że jednak nie jesteśmy sami.

Nie opuszcza mnie pytanie: dlaczego Mama wtedy, bez oporu, zgodziła się przyjechać? Wiele razy prosiłam, ale Mama zawsze jakoś wymigała się uśmiechem, obietnicą, że kiedyś przyjedzie. Czy coś przeczuwała? Na to pytanie i wiele, wiele innych nie mam odpowiedzi. Herbaciane róże już piąty rok będą tylko na grobie Mamy.

Ciągle uczę się godzić z tym, co i tak już jest nieodwracalne. Świat wtedy staje się bardziej przyjaznym miejscem, ale…