Mamy wyczekane, upalne LATO!

To dla ochłody! Autor zdjęcia: Kully Singh

Jest gorąco, upalnie od kilku dni każdy to widzi, czuje i … wie.

Mamy nareszcie wyczekane lato. W pracy mamy różnie, ale przecież kiedyś trzeba wyjść na rozpalone miasto, dopaść często zbyt daleko zaparkowanego auta… albo do – oby! -klimatyzowanego autobusu. W metrze trochę jest chłodniej.

Wsiąść do samochodu nie daje się tak od razu, jeśli stał na słońcu przez wiele godzin – to wnętrze jest jak rozgrzany piekarnik! Nie zawsze można otworzyć  drzwi tak by zrobić przewiew i nieco schłodzić. Wsiadam – koszmar! Włączam silnik, klima na full i jedziemy… Zależy jaka klima – u mnie dopiero po kilku minutach można „odzyskać” oddech.

Jadę, jest OK. Pomimo gorącego lata w Warszawie jest mnóstwo ludzi i aut. Koniec  jazdy – oto  „mój ulubiony” korek. Miałam nadzieję, że od 1 sierpnia będzie lepiej, ale nie jest. Stoimy, nieco jedziemy, stoimy… i tak przez chyba 15 minut.

To też dla ochłody….

W samochodzie jest już przyjemnie chłodno, na następnej „stójce” sięgam po … cukierka. Gra moja miła, znakomita muzyka – nowa płyta „December Avenue” – Tomasza Stańki. Korek mniejszy, jadę.  Dojechałam do domu. Jestem zmęczona, ale jakbym nieco odpoczęła, oderwałam się od codzienności… w warszawskim korku! – tej innej codzienności Warszawiaków.

Ostatnio wymyśliłam Domową Cytrynkę – moim zdaniem – świetny napój. Znakomicie gasi pragnienie i fajnie smakuje. Przepis, jeśli masz chęć wypróbować jest T U T A J

Wieczór przy świetle świecy… winie, dla ochłody…

A teraz coś przyjemniejszego. Lubisz może  tzw. szprycery? Są fajne na upalny wakacyjny, a także miejski wieczór. Przypuszczam, że każdy ma własny sposób, opowiem o moim –  jak zrobić, aby szprycer był dobry w smaku i spełnił swoje zadanie, czyli ugasił pragnienie. Do szprycera używam wody gazowanej, najlepiej zrobionej w syfonie, bo mineralna ma przecież różne smaki. Woda powinna być zimna, a wino mocno schłodzone. Szprycer po prostu powinien być zimny. Jakie wino? Chętnie wybieram jakiś  Riesling,  albo lekko słodkawe, owocowe, zwykle półwytrawne, lub inne  wytrawne, białe. Wino do szprycera nie musi być drogie – może być tańsze, polecam całkiem sympatyczne np. tzw. zielone wino. Do szprycera wolę białe wina, ale wiele osób lubi także z czerwonym winem – też OK. Kolejna sprawa to proporcje wody i wina. Moim zdaniem każdy powinien metodą prób i błędów znaleźć swój ulubiony, najbardziej pasujący smak. Zwykle robię ok. 70% wody i 30% wina. Niektórzy wolą 80, 90% wody i resztę wina – też dobre.  Polecam także zrobić szprycera wcześniej, aby go dobrze schłodzić przed podaniem. Podaję w szklanym dzbanie z kostkami lodu, często z jakimiś owocami np. z malinami, albo z krążkami cytryny, limonka raczej do bardziej słodkiego szprycera.

Smacznego! Na ochłodę!

Pozdrawiam Cię miło  🙂

 

 

 

Reklamy

DOBRE SŁOWA. Jakie? Kiedy? Dlaczego? Po co?

Znamy powiedzenie, że SŁOWO może zabić, też pewnie je znasz. Tak jak wszyscy znamy też DOBRE SŁOWA. Szukamy dobrych słów w sobie, w innych, dla siebie i dla tych, którzy wg nas zasługują na nie od nas. Czy to tak działa? Pewnie nie zawsze…

Ten wstęp piszę, aby opowiedzieć pewne zdarzenie, które wydaje się dość niezwykłe. Może kiedyś występowało częściej, ale teraz chyba rzadko…

Jadę autem po drodze ekspresowej, jest tuż przed południem, upalnie, pustawo. Mam przed sobą jeszcze ponad 100 km. Wyjechałam rano i mam chęć na małą przerwę, kawę… jest jakiś niewielki zajazd, nieco poza drogą, ale zajeżdżam. Pusto, jakby nieczynny, ale na parkingu stoją dwa auta. Przechodzę obok nich i nagle! słyszę dziwny odgłos, chyba z auta. Nasłuchuję…  Zaglądam do auta, a tam na tylnym siedzeniu leży spory, 20160402_145522młody pies. Zapukałam w szybę pies nie reaguje, próbuję otworzyć drzwi auta – zamknięte. Widzę, pies ledwie dyszy. Biegnę do zajazdu – drzwi pozamykane, nikogo nie widać. Upał wielki! Jakieś boczne drzwi otwarte, wbiegam, wołam… nic, nie ma nikogo. Biegnę na tyły budynku, też nie ma nikogo! Pusto. Czyje te auta?

Wracam do psa. Wołam do niego, leży na tylnym siedzeniu i chyba… śpi, albo kona!!!  Dzwonię na policję – zajęte. Krzyczę… raczej do siebie, że przecież ten pies umrze! Jest straszny upał, a tu nie ma nikogo! Wiem, że jest takie prawo, że mogę zbić szybę i uratować psa! To mi już chwilę wcześniej przyszło do głowy, ale nie chciałam tego robić, bo to dla kogoś straty… kłopot. Poza tym trochę bałam się co będzie dalej, nigdy nie byłam w takiej sytuacji ale… nawet jak będę musiała zapłacić za tę szybę to muszę to zrobić.

Szybko zaczęłam szukać w swoim aucie czegoś czym mogłabym zbić tę szybę – mam przecież podnośnik. Biorę, idę do psa, a on już nie reaguje na nic… Uderzam w tylną – mniejszą szybę – raz, nie udaje się, drugi też nie. Trzeba mocniej. Włącza się alarm. Uderzam – zbiłam szybę w aucie obcym ludziom! Kara mnie nie minie, ale co tam…

Straszny zaduch bucha z kabiny auta. Koszmarne wrażenie! Pies, pies, co z nim! Otwieram drzwi. Lecę do mego auta po wodę mineralną. Dotykam psa, głaszczę i podaję na dłoni wodę, otwiera oczy, zamyka, mocno wciąga powietrze i już czuje wodę… jeszcze chwila – pije! Jeden łyczek, drugi… już nie… Próbuję mu pomóc wyjść, nie daje rady. Biorę go na ręce i zanoszę na trawę pod drzewem –  tu jest cień. Podaję znowu wodę na dłoniach, pije, lekko opryskuję go wodą, sapie… patrzy na mnie. Piękne oczy, śliczny pyszczek. Usiadłam obok niego, czekam aż będzie lepiej.

Słyszę głosy: Nero! Nero! Dwoje dorosłych i dwóch chłopców – zziajani, umęczeni… Poszli do lasu, byli daleko od auta, szli już ponad godzinę kiedy zauważyli, że nie ma psa. Zaczęli go wołać, bo byli pewni, że wyskoczył z auta – jak ponoć miał w zwyczaju – i gdzieś od razu pobiegł. Szukali, wołali chodząc po lesie… drugą godzinę. Postanowili wracać na parking. Byli pewni, że pies zgubił się i może tu wróci. Zobaczyli tę stłuczoną szybę i po chwili psa pod drzewem. Zrozumieli. Zaskomlał na ich widok, ale nie miał siły podnieść się.

Chłopcy płaczą, mama też, tata zaczyna psa „zbierać”. Wziął go na ręce i pośpiesznie niesie do zajazdu. Wszyscy za nim, ja też. Pies poleżał, popił wody, odżył, już ma się lepiej. Trwało to prawie godzinę.

Dopiero teraz zrozumieli, że to ja uratowałam Nero.  Rzucają się, by mi dziękować… szyba! Bałam się jakiegoś ataku z ich strony, mówię, że zapłacę… ale oni… to nic – mówią – przecież dzięki temu Nero żyje! Szyba to drobiazg! Okazuje się, że to właściciele tego małego zajazdu. Nie mają wielu gości, zostawili kucharkę na gospodarstwie i poszli do lasu na grzyby.

Usłyszałam wiele dobrych słów, ale jedno zdanie, które powiedział młodszy z synów spowodowało, że i mnie się łezka zakręciła: „Pani jest aniołem Nero i naszym aniołem.” Mama przytaknęła: „To prawda! Dziękujemy!” Uśmiechy, radość, że Nero żyje.

Zostałam miło ugoszczona kawą i domowym ciastem, ale przede wszystkim DOBRYMI SŁOWAMI. Zanim odjechałam Nero przyszedł  sam do nas, powąchał mnie, spojrzał, zamerdał ogonem, delikatnie szczeknął i dał się pogłaskać. Cała piątka odprowadziła mnie na parking. Machali na odjazd… a Nero po prostu patrzył na mnie i oczami mówił DOBRE SŁOWA. Wiem, że tak mi dziękował.

Byłam szczęśliwa, że tak to wszystko się skończyło, nie oceniam ich postępowania z psem, ale jednak idąc do lasu warto psa trzymać na smyczy, bo może się naprawdę zgubić. Jakie to szczęście, że akurat tu się zatrzymałam, bo chciałam odpocząć i napić się kawy… przypadek.

Reszta podróży upłynęła mi jakoś szybko i miło, bez przygód. DOBRE SŁOWA, a nie np. złość i awantura o stłuczoną szybę, dodały mi wiary w… DOBRE SŁOWA. Bo słowa potrafią natchnąć nadzieją, optymizmem, nastawić nas pozytywnie do świata i ludzi.

Wszyscy musimy uważać na słowa, bo mogą być bardzo złą bronią. Niestety ostatnio w naszym kraju jest potwornie dużo bardzo złych słów. Po co? Dlaczego? Jak długo jeszcze będziemy zmuszani tego słuchać?! NIE POZWALAJMY – MÓWMY DOBRE SŁOWA. ZACZNIJMY OD DZISIAJ – dlaczego nie?

Na upał lekki „Smażing” i pyszny szprycer

Wspaniała, chłodna woda w jeziorze…

Pewna miła i  śliczna Dziewczyna, zamieściła na FB zdjęcie, zatytułowała je „Smażing”. Celne określenie, zdjęcie też. Nie mam zgody, aby podać link, ale… Zainspirowało mnie to do przypomnienia moich szprycerów, pyszne na upał, jednak dopiero późnym popołudniem, albo wieczorem, jeśli bezalkoholowe wino to o każdej porze polecam.

Wkleję tutaj fragment mego wcześniejszego wpisu, bo jest… upał i wybaczycie, mam nadzieję 🙂

Lubicie tzw. szprycery? Mogą być całkiem fajne na upalny wakacyjny wieczór. Każdy pewnie ma własny sposób, opowiem o moim –  jak zrobić, aby szprycer był dobry w smaku i spełnił swoje zadanie czyli ugasił pragnienie. Do szprycera używam tylko wody gazowanej, najlepiej zrobionej w syfonie, bo mineralna ma zwykle różne smaki, niekoniecznie dobre dla wina i końcowego efektu. Woda powinna być bardzo zimna i wino też mocno schłodzone. Szprycer po prostu powinien być zimny. No i teraz – jakie wino? Najchętniej wybieram Riesling,  albo jakieś lekko słodkawe, owocowe, zwykle półwytrawne, albo wytrawne, białe. Wino do szprycera nie musi być, a nawet nie ma powodu by było, drogie – może być np. całkiem sympatyczne tzw. zielone wino. Polecam raczej białe wina, ale wiele osób lubi także szprycera z czerwonym winem. Też ok.

Kolejna ważna sprawa to proporcje wody i wina. Moim zdaniem każdy powinien metodą prób i błędów znaleźć swój ulubiony, najbardziej pasujący smak. Zwykle robię 60 -70% wody i 30-40% wina. Niektórzy wolą 80, 90% wody i resztę wina – też dobre.  Polecam także zrobić szprycera wcześniej, aby go dobrze schłodzić przed podaniem. Podaję w szklanym dzbanie, często z jakimiś owocami np. z malinami, albo z krążkami cytryny, limonka tylko do bardziej słodkiego wina. Smacznego! Na ochłodę!

Cały wpis jest  TUTAJ – też interesujący 🙂

Zapraszam także na inne strony o winie i nie tylko. TUTAJ TOSKAŃSKIE – PYSZNE, POLECAM

A TUTAJ GORZKA CZEKOLADA I WINO

Cieszmy się latem! 🙂

To jest kierowca-paskuda, a to… szprycer

… a do tego woda + wino = szprycer

Na końcu będzie przyjemniej, ale teraz muszę to z siebie wyrzucić, aby może… zrozumieć. Tylko czy da się w ogóle kogoś takiego zrozumieć? Przypuszczam, że każdy kierowca nie raz i nie dwa spotkał na swej  drodze paskudę obu płci pt. „złośliwy kierowca”. Spotkałam taką kilka dni temu. Była złośliwa i choć jeżdżę już od kilkunastu lat zdarzyło mi się to 1. raz.

Musiałam być w Piasecznie pod Warszawą, wszystko było normalnie dopóki nie spotkałam na Puławskiej pani z rejestracją WPI… czyli właśnie z Piaseczna.  Jechała dużym autem typu Jeep i zachowywała się paskudnie (jak to paskuda). Ulica dość mocno zatłoczona (ok. 17.00), remonty, zwężenia – trzeba naprawdę jechać spokojnie, ostrożnie i mieć oczy wokół głowy. Do tego upał, ludzie zmęczeni, po pracy, każdy chciałby szybko dojechać na miejsce a tu… nie daje się, bo światła, piesi, rowerzyści i korki co chwila.

Niestety pani z Jeepa miała w nosie wszystko i wszystkich, przez spory kawałek drogi siedziała mi na zderzaku, popędzała klaksonem, chociaż byłam na środkowym pasie, a przede mną mnóstwo aut. Zaczęła migać światłami, aż myślałam, że coś nie tak z moim autem – a jest prawie nowe i nie mam z nim żadnych kłopotów – ale nie, pani naciska na gaz i w ostatniej chwili wyprzedza mnie, narażając się na klaksony innych aut. Za moment są światła, zjechałam na prawy pas, aby nie stać za nią. Zrównałyśmy się, nie wiadomo za co dostał mi się chamski „fuck”, jakiś stek obelg, których nie słyszałam, ale z jej gestykulacji i wykrzywionej twarzy (całkiem ładnej) wiele można było wyczytać. Zielone światło, pani z piskiem opon rusza i próbuje wepchnąć się na lewy pas przed  Mercedesa cabrio, kierowca cabrio krzyczy i wygraża jej pięścią, a pani celowo, mocno i krótko hamuje, cabrio w ostatniej chwili chwili też, a pani Paskuda pojechała sobie.

Jechałam z facetem, który nie ma i nie chce mieć ani prawa jazdy, ani auta, spytał: „Jak ty to wytrzymujesz? Przecież to horror!  Policji nie było widać, ale ta pani powinna zapłacić słony mandat za takie zachowanie. Kierowcy, którzy w podobny sposób zachowują się na drogach to jakaś straszna plaga! Kiedy opowiadałam o tym znajomym okazało się, że prawie każdy wie o co chodzi, bo wielokrotnie już spotykali takie paskudy. No cóż, jakoś mnie to – dotychczas – omijało.

A teraz coś znacznie przyjemniejszego. Lubicie tzw. szprycery? Mogą być całkiem fajne na upalny wakacyjny wieczór. Każdy pewnie ma własny sposób, opowiem o moim –  jak zrobić, aby szprycer był dobry w smaku i spełnił swoje zadanie czyli ugasił pragnienie. Do szprycera używam tylko wody gazowanej, najlepiej zrobionej w syfonie, bo mineralna ma przecież różne smaki, niekoniecznie dobre dla wina. Woda powinna być bardzo zimna i wino też mocno schłodzone. Szprycer po prostu powinien być zimny. No i teraz – jakie wino? Najchętniej wybieram Riesling,  albo jakieś lekko słodkawe, owocowe, zwykle półwytrawne, albo wytrawne, białe. Wino do szprycera nie musi być jakieś specjalnie, drogie – może być np. niedrogie, ale całkiem sympatyczne tzw. zielone wino. Polecam raczej białe wina, ale wiele osób lubi także z czerwonym winem. Kolejna ważna sprawa to proporcje wody i wina. Moim zdaniem każdy powinien metodą prób i błędów znaleźć swój ulubiony,, najbardziej pasujący smak. Zwykle robię 70% wody i 30% wina. Niektórzy wolą 80, 90% wody i resztę wina – też dobre.  Polecam także zrobić szprycera wcześniej, aby go dobrze schłodzić przed podaniem. Podaję w szklanym dzbanie, często z jakimiś owocami np. z malinami, albo z krążkami cytryny, limonka tylko do bardziej słodkiego wina. Smacznego! Na ochłodę!