WIOSNA! ZADBAJ O SIEBIE

Już WIOSNA!

Tekst niżej jest autorstwa Jeana Marca Dupuis.  To ważny artykuł dla każdego z nas kto chce zrozumieć siebie, zadbać – ale tak naprawdę zadbać i zmienić na lepsze – o zdrowie swoje i swoich bliskich.

Zapraszam Cię do przeczytania i przemyślenia, bo jak wiadomo… zdrowia nie zyskuje się, łykając pigułki, ale zgłębiając działanie i potrzeby własnego organizmu oraz dostosowując swój tryb życia, odżywiania się, swoich zajęć, swojej pracy, a nawet swoje relacje i rozrywki do wymogów zdrowego życia.” Napisał Jean Marc Dupuis.

Zapraszam też do zajrzenia T U T A J, a także  T U T A J  bo przecież nieomal za chwilę mamy MAJÓWKĘ!

O tym, że WIOSNĄ trzeba się zakochać napiszę za dwa dni – zapraszam 🙂

*************

Artykuł pochodzi z newslettera Poczta Zdrowia, przekazującego najnowsze, potwierdzone badaniami naukowymi, informacje o naturalnych metodach leczenia i zapobiegania chorobom. Można go zaprenumerować bezpłatnie na stronie http://www.PocztaZdrowia.pl.

************************************

Leczenie holistyczne

Szanowny Czytelniku,

jakiś czas temu pozytywnie wyraziłem się o medycynie konwencjonalnej.

Dziś pozwól mi wspomnieć o jej problemach i ograniczeniach.

Medycyna konwencjonalna została zorganizowana jak zaangażowana w walkę na śmierć i życie z chorobami armia.

Działa tak, jak gdyby choroby były swego rodzaju obcymi wojskami starającymi się za wszelką cenę zaatakować ludzkość.

Wygląda to tak, jakby z jednej strony barykady stali „dobrzy” ludzie, który chcą tylko żyć w dobrym zdrowiu; z drugiej zaś czaiły się złe mikroorganizmy, wirusy, guzy, uszkodzone geny i wszelkiego rodzaju zarazki, które starałyby się sprowadzić na nich chorobę.

Poprzez szczepienia i lekarstwa, medycyna konwencjonalna udaje, że buduje wokół zasieki, które ochronią ludzi przed wszelkimi niebezpieczeństwami, w tym także przed skutkami ich własnego postępowania.

Jej wymarzonym celem jest stosowanie globalnych, uniwersalnych rozwiązań, które umniejszają wpływ jednostki na własne zdrowie przy jednoczesnym maksymalnym rozszerzeniu ochrony.

Medycynę przedstawia się więc jako wielką walkę między siłami zła i dobra, w której zło to choroby, a dobro, w tej perspektywie, to lekarstwa.

W istocie medycyna konwencjonalna również niesie ze sobą straszliwe negatywne skutki, czyli uboczne działania niepożądane, których tak zwani eksperci nie są w stanie wziąć pod uwagę, podobnie jak nie zauważają czynnika ludzkiego oraz mentalności i pragnień ludności, która miałaby z osiągnięć tej medycyny korzystać.

Pomijanie ludzkiego wymiaru medycyny

Medycyna konwencjonalna zapomniała, że zajmuje się istotami ludzkimi, które mają swoje emocje, jakąś „psyche” (ducha), osobiste problemy, które często stanowią podstawową przeszkodę w powrocie do zdrowia, ale które stają się najlepszymi sprzymierzeńcami medycyny, kiedy weźmie je pod uwagę.

W rzeczywistości, obecnie, kiedy zwyciężona została większość chorób zakaźnych, najgorsze choroby, na które cierpi człowiek, funduje on sobie sam lub jemu podobni, bezwiednie, a jeszcze częściej: umyślnie.

Tytoń, alkohol, cukier, jedzenie śmieciowe, brak ruchu, wszelkie narkotyki i zanieczyszczenie środowiska naturalnego to główne czynniki, które sprawiają, że ludzkość cierpi na choroby fizyczne.

W następnej kolejności mamy toksyczne relacje osobiste, zawodowe i społeczne, które ciągną za sobą cały orszak depresji, samotności, samobójstw, przemocy, urazów psychicznych, anoreksji, bulimii, chorób przenoszonych drogą płciową, i którym, jakby przypadkiem, zazwyczaj towarzyszy obniżenie ogólnej odporności organizmu i zwiększone ryzyko zachorowań na choroby zakaźne (mówi się dziś np. o powrocie gruźlicy, syfilisu czy rzeżączki we Francji).

Medycyna konwencjonalna najchętniej chciałaby „zająć się” pacjentami w sposób czysto „medyczny”, stosując tylko lekarstwa i zabiegi. A ludzkie problemy przekazać pracownikom pomocy społecznej i psychologom.

To jest oczywiście mylna wizja, o katastrofalnych wręcz skutkach.

Katastrofalnych, gdyż w ten sposób medycyna przyklejałaby tylko plaster z opatrunkiem na drewnianą nogę, jednocześnie odmawiając zobaczenia i zajęcia się prawdziwymi przyczynami złego samopoczucia i chorób.

Przyczyny te występują w samych ludziach, wynikają z ich trybu życia, z dokonywanych wyborów.

Rozwiązania trzeba szukać w relacjach ludzkich i w pracy nad sensem życia.

„Dlaczego chcesz wyzdrowieć?”

Wielu praktyków medycyny konwencjonalnej ma poczucie absurdu w swojej pracy.

W czasie studiów mnóstwo czasów poświęcają na wypełnianie testów wielokrotnego wyboru. Wydział medycyny uczy ich coraz częściej podejmowania decyzji na temat leczenia zgodnie ze znormalizowanymi „drzewami decyzyjnymi”. W obydwu przypadkach do pracy zaprzęga się ich pamięć, nie zaś rozumienie.

Po rozpoczęciu pracy lekarza, stają w obliczu wykonywania niezwykle powtarzalnych zadań, co wielu z nich źle znosi.

Zwłaszcza, jeśli mają przepisać:

  • leki przeciwcholesterolowe osobom odżywiającym się zbyt tłusto,
  • leki przeciwcukrzycowe osobom spożywającym zbyt wiele cukru,
  • antybiotyki osobom, które nie stosują podstawowych zasad higieny,
  • leki nasenne osobom, którym zatarł się podział między dniem a nocą,
  • leki przeciwdepresyjne osobom, którym życie wymknęło się z rąk i które mają wszelkie powody do tego, by czuć smutek,
  • bisfosfoniany (lekarstwa na kruche kości) osobom, które nie uprawiają aktywności fizycznej, i których kości, jak mięśnie, gasną w naturalny sposób,

lub zdiagnozować:

  • choroby serca i nowotwór płuc u nałogowych palaczy,
  • marskość wątroby u osób, które zbyt wiele piją,
  • nadciśnienie u osób, które jedzą zbyt wiele i zbyt mało się ruszają.

Wielu lekarzy ma czasem wrażenie, że każe im się wykonywać jakieś absurdalne czynności i często mają rację.

Niektórzy chorzy uważają, że medycyna konwencjonalna to niebezpieczna pułapka

„Coś przecież musimy zrobić” powtarzają sobie, by uciszyć swoje wątpliwości. „Mimo wszystko, nie możemy pozostawić naszych pacjentów w tym stanie.”

Ale prawda, nawet jeśli trudna do przyjęcia, jest taka, że wszyscy ci pacjenci uważają, że medycyna i „piguły”, to dla nich pułapka, która stwarza iluzję, że mogą dalej żyć tak, jak żyli, bez żadnych zmian, choć byłyby one pilne i niezbędne.

Środki medyczne stosowane są po to, by uniknąć kwestionowania i zmiany ich trybu życia, podczas gdy tylko taka zmiana mogłaby przywrócić pacjentom zdrowie.

W takim przypadku medycyna działa wbrew dobru chorego.

Niektórzy wręcz oskarżają lekarzy, że czasem są w takiej sytuacji jak „dilerzy w białym fartuchu”1, chronieni przez prawo i finansowani przez system ubezpieczeń społecznych.

Obraz ten jest mocno przesadzony, ale prawdą jest, że system leczenia jakby zwariował. Uruchamia zalew kupowania i konsumpcji leków, umyślnie zamykając oczy na przyczyny problemu.

Leki syntetyczne nie są rozwiązaniem.

Problem tkwi w powszechnym systemie zdrowotnym. Opiera się on często na kilkunastominutowej wizycie lekarskiej i nie stanowi dobrze dobranej i realnej odpowiedzi na problemy pacjenta.

Jeśli tak będzie dalej, wydatki na leczenie będą dalej rosły w zastraszającym tempie bez skutków w postaci długoterminowej poprawy stanu zdrowia ludności.

Tej inflacji wydatków na leczenie towarzyszy coraz gorsza obsługa. Mówi się już nie tylko o „brakach wśród lekarzy”, „lekarskich pustyniach” czy „kolejce w szpitalnych oddziałach ratunkowych” (czy w ogóle można jeszcze mówić o „oddziale ratunkowym”, skoro czas oczekiwania na przyjęcie przez pielęgniarkę wynosi kilka godzin?).

Stąd tak pilne stało się masowe włączenie medycyny naturalnej i holistycznej do naszego systemu opieki zdrowotnej. Moim zdaniem to jedyne wyjście pozwalające uniknąć zbiorowej katastrofy.

Włączenie medycyny naturalnej do naszego systemu opieki zdrowotnej

Medycyna „naturalna”, której bronimy w Poczcie Zdrowia, nie jest medycyną odrzucającą postęp medyczny, która utrzymywałaby (wbrew wszelkim dowodom), że gruźlicę lepiej leczyć tradycyjnymi sposobami (polegającymi na przebiciu płuca chorego i przywiązaniu go do łóżka na słońcu).

Gruźlicy nie leczy się witaminami. Leczy się ją stosując izoniazyd, ryfampicynę, etambutol oraz pirazynamid, antybiotyki, które zastąpiły streptomycynę i które prawie zawsze wykazują skuteczność w leczeniu pierwszego rzutu.

Nasza medycyna naturalna to medycyna, która traktuje każdego pacjenta jak pełnoprawnego człowieka, który jest w stanie zrozumieć, co się z nim dzieje, przemyśleć przyczyny swojego stanu i rozważyć różne sposoby leczenia, by podjąć inteligentne decyzje. Człowieka, który bierze w swoje ręce własną wolność i odpowiedzialność.

Oznacza to, że zdrowia nie zyskuje się, łykając pigułki, ale zgłębiając działanie i potrzeby własnego organizmu oraz dostosowując swój tryb życia, odżywiania się, swoich zajęć, swojej pracy, a nawet swoje relacje i rozrywki do wymogów zdrowego życia.

Wszystko to oczywiście wymaga dużego zaangażowania. Trzeba poświęcić czas na czytanie, myślenie, co często długo trwa i jest nużące (ten artykuł jest tego najlepszym dowodem – brawo dla tych z wszystkich, którzy dobrnęli do jego końca!). Trzeba także przyjąć, że nie zawsze wszystko da się zrozumieć za pierwszym razem.

To powód, dla którego publikujemy liczne numery prezentujące często różne poglądy i podejścia.

Droga otwartości, dialogu i poszukiwania to najpewniejsza droga do postępu. To jedyna droga do tego, by czasem zostać mile zaskoczonym. Pozostań uważny. Aktywny. Zaangażowany.

Do Ciebie należy wybór, czy chcesz w tę drogę pójść dalej ze mną. Wiem, że nie jest to łatwe. Rozumiem, że często wolałbyś, tak jak i ja, żeby wszystko było prostsze.

Ja, z mojej strony, nie mogę się powstrzymać i będę dalej drążyć. Na tym polega pasja. Być może Ty też tak masz. W każdym razie, na to liczę.

Zdrowia życzę,
Jean-Marc Dupuis

***********************

Gratulacje, bo, jeśli to czytasz to znaczy, że wiesz już co robić. Pozdrawiam Cię miło 🙂

Reklamy

Pigułek szukałam za PO, za SLD i…

UWAGA! WAŻNY TEKST

Tekst niżej nie jest mego autorstwa, ale powinien być znany wszystkim NORMALNIE MYŚLĄCYM kobietom i mężczyznom.   

Powinniśmy nareszcie przejąć się, i działać, tym co dzieje się w naszym państwie, w Polsce między kobietami, między kobietami i mężczyznami, między mężczyznami. Dzieje się bardzo źle!

Chodzi o PiS? To ja coś powiem, pani Ewo Kopacz, wierna od roku “przyjaciółko” kobiet. Pigułek szukałam za Platformy, szukałam za SLD, od 1993 roku chodzę i obijam się o drzwi aptek, gabinetów, o pogardliwe miny farmaceutów… W środę o 17.00 w restauracji MiTo* w Warszawie odbędzie się debata organizowana przez Paulinę Młynarską, pt. “Kobiety mówią […]

via   TUTAJ POCZYTAJ. WAŻNE.

Babcia mówiła: żyj zdrowo i kochaj!

Lubię bociany...Już jest lato! Dlatego i nie tylko, warto pomyśleć o tym jak zdrowo żyć, oczywiście jeśli mamy sobie coś do wyrzucenia w tej sprawie, a podejrzewam, że nieomal wszyscy jednak mamy. 🙂

Zachęcam do poznania kolejnego tekstu Jeana Marca Dupuis „Prosta rada na unikanie chorób”. Dlaczego? Jak? Co prawda tekst odpowiada na te  pytania, ale wtrącę swoje przemyślenia, które pojawiły się po miłym spotkaniu uroczych ludzi: starszej pani i pana – małżeństwo, chyba bliżej 80.

Wiadomo – w tym wieku zwykle coś boli, ale…  Ich dewiza życiowa to:  Miłość, Przyjaźń, Ruch i Przygoda. Od lat są wegetarianami, podróżują, mają szerokie kontakty także zdobyte przez internet, pozbyli się telewizora, kupili komputer i internet; chodzą do kina, teatru, na wystawy, odwiedzają przyjaciół i rodzinę za granicą. Mają rower – tandem i jeżdżą na wycieczki, opowiadają dowcipy, są uśmiechnięci, zadowoleni – cieszy ich Życie. Są na co dzień ciekawi świata, ludzi i nowości przeróżnych. O chorobach nie chcą mówić, bo i po co, biorą leki – jak podkreślają: „To tylko dwie tabletki codziennie i jest OK!”

Zawsze miałam wrażenie, że istnieję, funkcjonuję podobnie, ale to piękne małżeństwo zaimponowało mi bardzo! SĄ SUPER!

ZAPRASZAM DO POCZYTANIA I PRZEMYŚLENIA – WARTO.

Artykuł pochodzi z newslettera Poczta Zdrowia, przekazującego najnowsze, potwierdzone badaniami naukowymi, informacje o naturalnych metodach leczenia i zapobiegania chorobom. Można go zaprenumerować bezpłatnie na stronie www.PocztaZdrowia.pl.

 

Prosta rada na unikanie chorób

Szanowny Czytelniku,

Jean-Pierre ma 55 lat i cieszy się doskonałym zdrowiem.

Jednak gdyby się bardzo postarał, mógłby doszukać się u siebie tuzina chorób…

Zdarza mu się zdenerwować, kiedy utknie w korku lub kiedy klienci nękają go poza godzinami pracy.

Gdyby lekarz zmierzył mu w takich momentach ciśnienie krwi, wynik z pewnością wskazałby na nadciśnienie.

Jean-Pierre ma 183 cm wzrostu i waży 84 kilogramy. Jego wskaźnik masy ciała (BMI) wynosi 25,1. Poziom BMI pozostający w granicach normy to 20–24,9.

Diagnoza: nadwaga.

Po spożyciu niektórych pokarmów Jean-Pierre odczuwa niekiedy pieczenie w dolnej części klatki piersiowej tuż nad żołądkiem. Dzieje się tak zwłaszcza wtedy, kiedy napije się zagęszczonego soku pomarańczowego lub cydru.

Diagnoza: refluks żołądkowo-przełykowy.

Zdarza mu się budzić w nocy i pójść do łazienki, żeby opróżnić pęcherz.

Diagnoza: łagodny przerost gruczołu prostaty.

Kiedy wstaje rano, odczuwa sztywność nóg i pleców, potrzebuje kilku chwil, żeby odzyskać pełną sprawność i giętkość.

Diagnoza: choroba zwyrodnieniowa stawów.

Jean-Pierre ma często zimne ręce, zwłaszcza w chłodne i deszczowe dni zimową porą. Kiedy pada śnieg, nie wychodzi z domu bez podwójnej warstwy rękawiczek. Kawa nasila ten problem, a alkohol go łagodzi.

Diagnoza: choroba Raynauda.

Jean-Pierre ma zwyczaj robić wieczorem listę zakupów i spraw do załatwienia na następny dzień, żeby o niczym nie zapomnieć. Miewa też trudności z zapamiętywaniem imion. Mimo że lepiej nie zapisywać PIN-u do karty bankomatowej czy haseł, Jean-Pierre przechowuje te dane w notesie, skrzętnie ukrytym w biurku.

Diagnoza: łagodne upośledzenie funkcji poznawczych, początki choroby Alzheimera.

Ale to jeszcze nic. Gdyby Jean-Pierre przeszedł rutynowe badania, lekarz z pewnością wykryłby kolejne anomalne wyniki – symptomy rozmaitych chorób.

Masa ukrytych „chorób”

Wystarczyłoby, żeby Jean-Pierre poddał się dokładniejszym badaniom krwi, w tym badaniom hormonalnym (hormonów tarczycy czy płciowych) i składu krwi (ilości krwinek białych, czerwonych, płytek krwi).

Z pewnością przynajmniej jeden z pomiarów dałby wynik odbiegający od normy.

Jednak prawdziwym strachem mogą napawać Jean-Pierre’a (i jego żonę) badania tomograficzne i kolonoskopia (badanie z wykorzystaniem mikroskopijnej kamery, którą wprowadza się poprzez odbyt w celu obejrzenia jelita).

Guzki w płucach, torbiel nerek, polipy w okrężnicy (jelicie grubym), komórki rakowe w prostacie, przepukliny i anomalie kości – przeskanowanie ciała z pewnością pozwoli odkryć wiele podejrzanych i niepokojących objawów.

Zdiagnozowanie choroby nie oznacza poprawy zdrowia pacjenta

Większość ludzi uważa, że im wcześniej zdiagnozuje się choroby, tym lepiej, bo dzięki temu łatwiej będzie je wyleczyć. Jednak z punktu widzenia medycyny to założenie nigdy nie zostało potwierdzone.

We wszystkich wymienionych powyżej przypadkach to, że dzięki badaniu medycznemu Jean-Pierre odkryje w swoim organizmie jakąś „nieprawidłowość”, w żaden sposób nie zatrzyma jej rozwoju.

Według wszelkiego prawdopodobieństwa przyjmowanie leków lub poddanie się operacji narazi go tylko na niepotrzebne ryzyko.

Jeśli Jean-Pierre czuje się zdrowy, powinien skupić się na korzystaniu życia, a nie szukaniu dziury w całym.

Tak czy inaczej nie ma innego sposobu na zapobieganie rozwojowi chorób niż prowadzenie zdrowego trybu życia.

Nieważne, czy jesteś zdrowy czy chory, zdrowy tryb życia polecam wszystkim, którzy chcą czuć się lepiej i uniknąć problemów zdrowotnych.

Zbyt zaawansowane metody badań

Każdego roku skanery ciała i obrazowanie metodą rezonansu magnetycznego stają się coraz bardziej zaawansowane, a tego typu badania coraz powszechniejsze.

Tomografy nowej generacji pozwalają obejrzeć wycinki ciała o szerokości 1 milimetra. Oznacza to, że na odcinku rozciągającym się od tułowia do głowy (około 80 centymetrów) można zrobić 800 zdjęć odpowiadających kolejnym wycinkom. Zdjęcia da się powiększyć setki razy i dzięki temu dostrzec najmniejszą anomalię.

Ciało ludzkie nie stanowi jednak ustandaryzowanego produktu przemysłowego. Wręcz przeciwnie: jest żywym organizmem charakteryzującym się zdumiewającą złożonością. Większość z nas żyje z przerośniętymi lub zbyt małymi organami, nawet o tym nie wiedząc.

Przeskanowanie najmniejszego organu to najprostsza droga do wywołania fali niepotrzebnych obaw.

Wiele osób wpada w tę pułapkę.

Jeśli dobrze się przyjrzeć, każdy okaże się chory

Badania dotyczące prostaty przeprowadzone w latach 80. XX w. przez patologów z Detroit (USA) w Cleveland Clinic1 pokazały, że po biopsji, „raka prostaty” zdiagnozuje się u 45% mężczyzn w wieku 50–59 lat.

Odsetek mężczyzn rzekomo dotkniętych rakiem prostaty sięga 68% u mężczyzn w wieku 60–69 lat i 82% u tych w wieku 70–79 lat.

Nawet wśród bardzo młodych mężczyzn (20–30 lat) niemalże 10% ma już „raka prostaty”.

Czy to znaczy, że trzeba się martwić, operować? Absolutnie nie. Tych mężczyzn należy zostawić w spokoju. Interweniować trzeba dopiero wtedy, kiedy rak prostaty zacznie się objawiać w postaci uciążliwych zewnętrznych symptomów.

Obecnie wiadomo, że część rodzajów raka nie jest progresywna.

Tak jest zwłaszcza w przypadku raka prostaty:

Niektóre nowotwory ulegają atrofii, czyli zanikają, ponieważ potrzebują więcej krwi niż są w stanie dostarczyć zasilające je naczynia krwionośne.

Inne nowotwory są wyłapywane przez system odpornościowy gospodarza, który je następnie niszczy.

Jeszcze inne nie są agresywne i pozostają w bezruchu aż do śmierci gospodarza (spowodowanej czymś innym niż nowotwór).

A jeszcze inne rozwijają się tak wolno, że pacjent zachoruje i umrze na inną chorobę, zanim nowotwór osiągnie rozmiar, który byłby prawdziwym zagrożeniem.

Istnieje mnóstwo przyczyn biologicznych tłumaczących brak negatywnego rozwoju nowotworów, czemu obecnie przyglądają się i co zaczynają odkrywać naukowcy2.

Można to odnieść również do innych „chorób”, które chorobami w rzeczywistości nie są.

Ogromna liczba osób od czasu do czasu cierpi na bóle brzucha. Po wykonaniu prześwietlenia okazuje się, że wiele z nich ma kamienie żółciowe. Czy to kamienie są przyczyną boleści? Ciężko powiedzieć. Przy dokładnych badaniach wykrywa się je równie często u ludzi, którzy nie skarżą się na bóle brzucha.

Wiele osób cierpi też na ból pleców i kolan. Istnieje spora szansa, że badanie metodą rezonansu magnetycznego wykaże uszkodzenia chrząstki, przemieszczone dyski lub dyskopatię.

Jednak większość z tych anomalii nie stanowi przyczyny bólu. Podobnie jak w przypadku kamieni żółciowych u osób, które nie skarżą się na ból kolan i pleców, również diagnozuje się uszkodzenia chrząstki i dyskopatię.

Jeśli dokładnie zbadać układ sercowo-naczyniowy osoby z chorym sercem, z pewnością znajdzie się w nim tętniaki, zakrzepowe zapalenie żył, zator w aorcie, nogach, płucach…

Czy należy brać leki lub operować? Po dokonaniu „odkrycia” podjęcie decyzji jest bardzo trudne zarówno dla pacjenta, jak i dla lekarza.

Nieodparta chęć podjęcia jakiegoś działania

Jedno jest pewne – jeśli pacjent nie zrobi nic, a problem rozwinie się w niepożądanym kierunku, lekarz będzie miał ogromne wyrzuty sumienia, może nawet zostać pociągnięty do odpowiedzialności karnej i stracić prawo do wykonywania zawodu.

Natomiast pacjent będzie żył, mając nad sobą „miecz Damoklesa”.

Dla bezpieczeństwa i jedna, i druga strona w miarę możliwości na ogół podejmuje działania zapobiegawcze, a przynajmniej wykona dodatkowe badania, które zwiększają ryzyko wykrycia kolejnych, do tej pory ignorowanych problemów zdrowotnych.

To błędne koło w dużym stopniu tłumaczy, dlaczego szpitale tak bardzo i tak szybko się rozrastają, podobnie jak kolejki w poczekalniach, koszty związane z opieką zdrowotną, a także liczba osób, które biorą leki codziennie i uważają się za chore.

Zaczekaj na pojawienie się objawów, zanim pójdziesz na konsultację

Według dra Gilberta Welcha, specjalisty rangi międzynarodowej ds. wykrywania chorób i profesora w Dartmouth Institute for Health Policy and Clinical Practice (USA).

„Dawniej ludzie szli do lekarza tylko wtedy, kiedy czuli się naprawdę źle, czekali, aż pojawią się objawy.

Jednak wzorce uległy zmianie. Wczesne diagnozowanie stało się głównym celem systemu opieki zdrowotnej.

Ogólne przekonanie mówi, że wczesne wykrywanie pozwala na lepsze leczenie.

W niektórych przypadkach to stwierdzenie może się okazać prawdziwe. Jednak warto też spojrzeć na drugą stronę medalu – zbyt intensywna diagnostyka może zamienić ludzi o dobrym zdrowiu w osoby chore. Badania diagnostyczne często prowadzą do podjęcia leczenia i to leczenia problemów, które nie są poważne lub które w ogóle problemami nie są. Co więcej, niepotrzebne leczenie może okazać się bardziej brzemienne w skutki niż sama choroba. (…)

Wczesne diagnozowanie stało się synonimem medycyny zapobiegawczej, którą uważa się za coś dobrego z natury, a co za tym idzie, wczesne wykrywanie chorób też postrzega jako dobre. W rzeczywistości wczesna diagnostyka nie ma nic wspólnego z zapobieganiem, ponieważ jej jedynym celem jest wykrycie choroby, a nie jej leczenie. Jej zadaniem jest wykrywanie anomalii w początkowym stadium tak, żeby można było zapobiec konsekwencjom ich rozwoju, a przecież wiele z tych anomalii nigdy nie pociągnie za sobą żadnych konsekwencji!”3

Wczesna diagnostyka prowadzi więc do sytuacji, w której miliony osób, które uważają się za chore, poddają się rozmaitym badaniom i medycznym interwencjom zupełnie bez potrzeby.

Dr H. Gilbert Welch dodaje:

„Tak jak mówiła moja babcia, kiedy byłem mały: prawdziwe zapobieganie polega na niepaleniu, jedzeniu zupy i warzyw, spędzaniu czasu na świeżym powietrzu (z podprogową wiadomością: uprawiaj sport i pozbądź się wszelkich napięć). Po prostu żyj zdrowo”.

To najlepsze, co możemy zrobić.

Zdrowia życzę,
Jean-Marc Dupuis

Źródła:

1) W.A. Sakr, D.J. Grignon, G.P. Hass et collab., Age and Racial Distribution of Prostatic Intraepithelial Neoplasia, European Urology, 30 (1996): 138-144.

2) W.J. Mooi et D.S. Peeper, Oncogene-induced Cell Senescence – Halting ont the Road to Cancer, New England Journal of Medicine, 355 (2006): 1037-1046; J. Folkman et R. Kalluri, Cancer without Disease, Nature, 427 (2004): 787; M. Serrano, Cancer Regression by Senescence.

3) H. Gilbert Welch, Overdiagnosed: Making People Sick in the Pursuit of Health, janvier 2012.

 

Masowa propaganda negowania rzeczywistości (fale elektromagnetyczne)

Po dokładnym przeczytaniu i uzyskaniu zgody Redakcji „Poczta Zdrowia” postanowiłam zamieścić poniższą publikację.  Jest interesująca i dotyczy naszego – cennego przecież – ZDROWIA. Napisał ją Jean-Marc Dupuis. Moim zdaniem jest tu wiele ważnych informacji, tekst napisany jest obiektywnie i ciekawie, poparty przykładami i badaniami.

Wątpię by ktoś po zapoznaniu się z tym artykułem zechciał zrezygnować np. z komputera czy z telefonu komórkowego, ale przemyśleć co nieco chyba warto.

Zachęcam do poczytania 🙂

————————————————————————————————————————-

Artykuł pochodzi z newslettera Poczta Zdrowia, przekazującego najnowsze, potwierdzone badaniami naukowymi, informacje o naturalnych metodach leczenia i zapobiegania chorobom. Można go zaprenumerować bezpłatnie na stronie http://www.PocztaZdrowia.pl.

Czy szkodzą Ci fale elektromagnetyczne?

Szanowny Czytelniku,

wyobraź sobie, że zwykła obecność telefonu komórkowego, anteny przekaźnika, a nawet sprzętów elektrycznych, wywołuje u Ciebie dolegliwości bólowe, bóle głowy, bóle zębów, dzwonienie w uszach, uczucie pieczenia skóry.

Nie możesz już wejść do żadnego biura ani do galerii handlowej… Musisz wydać fortunę i poświęcić dużo czasu na zaaranżowanie domu w taki sposób, by się zabezpieczyć. I nawet do centrum handlowego nie możesz już wyjść bez kasku osłoniętego aluminium…

Efekt? Zamiast wzbudzać w innych litość, wywołujesz drwiny.

Z kolei ze strony świata medycznego czeka Cię tylko brak zrozumienia, uśmiechy za plecami, sarkazm. Jedynymi zainteresowanymi osobami są dziennikarze telewizyjni, którzy chcą zrealizować program dokumentalny o Twoim dziwacznym przypadku.

W rzeczywistości, całe społeczeństwo staje na uszach, by negować bezsporną rzeczywistość: fale elektromagnetyczne opanowały nasz świat, zaś ich wpływ na działanie naszych komórek jest równie pewny jak to, że Ziemia krąży wokół Słońca, co za chwilę wyjaśnię.

Masowa propaganda negowania rzeczywistości

Osoby zaniepokojone falami elektromagnetycznymi padają ofiarą masowej propagandy. Robi się wszystko, co można, by zaklasyfikować je jako szaleńców lub hipochondryków (chorych z urojenia).

Prawdą jest, że za sporem tym stoją ogromne pieniądze. Gdyby jutro przyznano oficjalnie, że fale elektromagnetyczne wywołują u dzieci nadaktywność, stresują dorosłych, zabijają komórki, przyśpieszają starzenie i wywołują raka… splajtowałyby całe obszary gospodarki.

Nie tylko przemysł telekomunikacyjny, ale także wszelkie sektory gospodarki korzystające z Wi-Fi, telefonii mobilnej, radia, a także komunikacji satelitarnej.

W państwach rozwiniętych trzeba byłoby przeorganizować funkcjonowanie całego społeczeństwa. Ale, czego powszechnie nie wiemy, to – że to ma tym bardziej zastosowanie do krajów rozwijających się.

W państwach tych nigdy nie doszło do rozwoju lądowej infrastruktury telekomunikacyjnej (kablowej i po sieciach elektrycznych). Natomiast są one pokryte siecią telefonii komórkowej, która stała się nieodzowna ludności w jej codziennych zajęciach: handlu, transporcie, informacji, a nawet usługach bankowych. Bez niej – byłaby katastrofa.

Zmowa milczenia wokół nadwrażliwości na fale elektromagnetyczne

Nie dziwi więc zmowa milczenia panująca obecnie wokół przypadków nadwrażliwości na fale elektromagnetyczne.

Mowa tu o opisywanych przez lekarzy przypadkach klinicznych osób cierpiących na najróżniejsze objawy w obecności fal elektromagnetycznych: bóle czaszki, bóle zębów i dziąseł, szumy uszne (dzwonienie w uszach), zakłócenia rytmu serca, bóle stawów, niespokojny sen, zmęczenie, drażliwość…

Aby chronić się przed działaniem fal elektromagnetycznych, osoby takie są zmuszone mieszkać w coraz rzadziej spotykanych lasach, górach czy jaskiniach, które jeszcze oparły się obecności fal elektromagnetycznych. W miastach, gdzie fale są wszechobecne, osoby te muszą korzystać z metalowych osłon.

W słynnym badaniu opublikowanym w 2004 r., Magda Havas i David Stetzer opisali sytuację pięciu osób, które zainstalowały w domu urządzenie wpływające na zmniejszenie prądów elektromagnetycznych w powietrzu (filtr Havas/Stetzer). Oprócz przypadków osób, które zgłaszały istotne złagodzenie bólów głowy, problemów ze snem, stanów lękowych itd., opisali też przypadek jeszcze bardziej spektakularny –osiemdziesięcioletniej kobiety cierpiącej na cukrzycę.

W ramach leczenia, co rano, o 7.00, przed zjedzeniem śniadania i podaniem insuliny, musiała ona mierzyć poziom cukru we krwi na czczo.

Przed zainstalowaniem w domu filtra, poranny poziom cukru we krwi mierzony na czczo wynosił 152-209 mg/dL, średnio 171 mg/dL. Cukrzycę charakteryzuje poziom przewyższający 126 mg/dL, zaś stan przedcukrzycowy – poziom od 100 do 125.

Nazajutrz po zainstalowaniu filtra, poziom cukru na czczo był normalny i wynosił 87 mg/dL. Nie przyjęła więc insuliny (bez której groziła jej hipoglikemia). W pierwszym tygodniu poziom cukru na czczo wynosił średnio 119 mg/dL. Filtr nie miał wpływu na poziom cukru o godz. 17. Kiedy opuszczała dom i udawała się do miejsc publicznych o wysokim natężeniu fal elektromagnetycznych, poziom cukru znacznie wzrastał 1. A mimo to, bez względu na te badania, bez względu na spektakularne programy regularnie nadawane przez telewizję, zjawisko nadwrażliwości na fale elektromagnetyczne poddaje się w wątpliwość.

W dobrym tonie jest podkreślanie, że badania tych przypadków wykazały, że osoby te nie były w stanie określić na podstawie rzekomych objawów, czy rzeczywiście były one poddane promieniowaniu elektromagnetycznemu.

Towarzystwa ubezpieczeniowe się asekurują

Oficjalnie, fale elektromagnetyczne są jeszcze „niegroźne”, ale ubezpieczyciele już od dawna się asekurują. Od 2003 r. postarali się wyraźnie i pełnym zdaniem umieszczać w umowach ubezpieczeniowych z operatorami telefonii komórkowej klauzulę o nieponoszeniu odpowiedzialności za wszelkiego rodzaju szkody związane z polem elektromagnetycznym i falami elektromagnetycznymi 2.

Szkody związane z falami zyskały więc taki sam status jak szkody wywołane przez azbest: nie podlegają ubezpieczeniu, nawet jeśli zaliczane są do grupy „wysokiego ryzyka”.

Zresztą, razem z azbestem, fale elektromagnetyczne zostały zaliczone do kategorii 2B czynników przypuszczalnie kancerogennych listy opublikowanej przez Międzynarodową Agencję Badań nad Rakiem Światowej Organizacji Zdrowia, tak jak ołów i DDT3. I nie bez przyczyny: w ujęciu medycznym, istnieją podstawy, by sądzić, że działanie naszych komórek podlega wpływowi, a nawet jest zakłócane przez fale elektromagnetyczne, które krążą wokół nas4.

Pola magnetyczne odgrywają podstawową rolę w naszym biologicznym funkcjonowaniu

Jak wskazuje ich nazwa, fale elektromagnetyczne przenikają się ze wszelkimi prądami elektrycznymi i polami magnetycznymi. A przecież i elektryczność, i pola magnetyczne pełnią zasadniczą rolę w naszym biologicznym funkcjonowaniu i nie jest możliwe, by tego przenikania nie było.

Na przykład wszystkie żywe komórki mają „plus” i „minus”, jak w magnesie.

Dzięki temu mogą wchłaniać i wydalać substancje, przyciągając je lub odpychając, takie jak jony sodu i potasu (przepływ ciągły) czy jony wapnia i magnezu.

Naukowcy są nawet w stanie za pomocą elektrod dokonać pomiarów elektrycznego potencjału na błonie komórkowej.

Zjawisko elektryczności wykorzystują również nasze komórki nerwowe (neurony) do przekazu informacji: kiedy dotykasz czegoś dłonią, receptory skórne wytwarzają niewielki wstrząs elektryczny. Komórki nerwowe przekazują go sobie jedna drugiej poprzez synapsy, które są elektrycznymi łącznikami pomiędzy komórkami, aż do mózgu.

To samo zjawisko elektryczności wykorzystywane jest w procesie myślenia. Kiedy rozmyślasz lub odczuwasz emocje, Twój mózg aktywuje się. Można by wręcz powiedzieć, że zapala się jak żarówka! Zaobserwujesz to zjawisko, poddając mózg działaniu fal magnetycznych. Fale magnetyczne są zakłócane przez wewnętrzne przepływy elektryczne, zaś pomiar tych zakłóceń wskazuje, która część mózgu pracuje. To właśnie zjawisko umożliwia diagnostykę MRI, czyli diagnostykę za pomocą rezonansu magnetycznego. Sprzęt MRI to ogromny elektromagnes, który emituje fale elektromagnetyczne przenikające Twoje ciało i w ten sposób diagnozuje jego stan.

A zatem wpływ fal elektromagnetycznych z otoczenia na ciało ludzkie to nie tylko teoria, lecz fakt.

Fale te zawsze istniały, ale w przeszłości były słabe. W przyrodzie najsilniejsze fale pochodzą z ziemskiego pola magnetycznego, co tłumaczy działanie kompasu, w którym namagnesowana igła spontanicznie wskazuje kierunek północ-południe.

Natomiast od czasu wynalezienia i rozpowszechnienia elektryczności nieporównywalnie silniejsze fale elektromagnetyczne opanowały nasz świat.

Obecnie zalewają nas elektromagnetyczne częstotliwości od 20 Hz („pociąg elektryczny”) do miliarda Hz („komunikacja bezprzewodowa”).

Ich rozwój towarzyszył rozpowszechnieniu radia w latach 20. XX w., radaru w latach 40., telewizji w latach 50., komputerów w latach 70., telefonów komórkowych w latach 90. i Wi-Fi w XXI w.

Czy to możliwe, że fale te zakłócają metabolizm komórkowy, przyśpieszając proces starzenia i sprzyjając rozwojowi niektórych chorób? Czy to możliwe, że mają wpływ na Twój układ nerwowy, wywołując bóle głowy, zmęczenie, stres?

Niestety, wydaje się, że odpowiedź na te obydwa pytania jest twierdząca.

Fale elektromagnetyczne przyśpieszają obumieranie komórek

W 2007 r. amerykańscy naukowcy poddali hodowle neuronów i astrocytów (komórek ludzkich) działaniu telefonu komórkowego GSM. Zaledwie po dwóch godzinach geny tych komórek zaczęły emitować inne informacje. W szczególności, uruchomiły się geny związane z apoptozą, czyli „programem informatycznym” odpowiedzialnym za przygotowanie śmierci komórek5.

To jest oczywiście bardzo niepokojące badanie, które pokrywa się z wynikami fińskiego badania, w którym ekspozycja komórek na fale emitowane przez telefon komórkowy spowodowała stwierdzenie zmian w strukturze białek wytwarzanych w tych komórkach6, co nie dziwi o tyle, że ostatecznie wszystkie mechanizmy biochemiczne opierają się na wymianie elektrycznej. Ważne natomiast, by pamiętać, że badania te były prowadzone na komórkach hodowlanych, nie zaś na żywych organizmach.

Fale elektromagnetyczne a stres

Wskutek tych badań, badacze zajęli się prowadzeniem badań na organizmach żywych, zaczynając od roślin.

Gérard Ledoigt z Uniwersytetu im. Pascala w Clermont-Ferrand opublikował wyniki doświadczenia na pędach pomidorów, które poddano działaniu pola elektromagnetycznego odpowiadającego polu wytwarzanym przez telefon komórkowy. Zaledwie po dziesięciu minutach, komórki zaczęły syntezę znacznych ilości tzw. „cząsteczek stresu”: kalmoduliny, inhibitora proteinazy7.

Są to takie same cząsteczki jak w komórkach ciała ludzkiego, można więc przypuszczać, że reagują w taki sam sposób.

Być może, obecność telefonów komórkowych i fal Wi-Fi w miejscach publicznych, biurach i mieszkaniach sprzyja rozpowszechnieniu stresu. Iskrzy w powietrzu – mawiali starożytni: rzeczywiście tuż przed burzą, gdy atmosfera jest naładowana elektrostatycznie, w stadach wrze; zwierzęta się atakują nawzajem, a są i takie, które są bardzo zaniepokojone.

Dlaczego więc ludzie mieliby być odporni na to zjawisko? Tę samą obserwację potwierdzają nauczyciele w szkołach. Przychodzi ulga, a wręcz radość, kiedy wreszcie słychać grzmot i spadnie deszcz, który zmywa elektryczność obciążającą atmosferę.

Szczególnie podatne na to zjawisko są dzieci, gdyż czaszka dziecka jest cieńsza i bardziej miękka. Pochłania ona o 60% promieniowania elektromagnetycznego więcej niż czaszka osoby dorosłej.

Badanie opublikowane w czasopiśmie Epidemiology wykazało, że intensywne korzystanie z telefonu komórkowego przez dzieci, a zatem ekspozycja na fale, wiąże się z 80% większym ryzykiem stwierdzenia nadaktywności i zaburzeń zachowania8.

Fale elektromagnetyczne sprzyjają powstawaniu guzów w mózgu

W 2011 r., naukowcy uderzyli na alarm po zbadaniu wszystkich dostępnych danych na temat korzystania z telefonów komórkowych. Wywnioskowali bowiem, że korzystanie z telefonu komórkowego w dłuższym okresie czasu podwaja ryzyko guza mózgu9.

Inne badanie, opublikowane w czasopiśmie Pathophysiology w październiku 2014 r., zostało przeprowadzone na dwóch grupach dorosłych cierpiących na guza mózgu. Badacze stwierdzili, że ryzyko rosło wraz intensywnością korzystania z telefonu komórkowego. Ryzyko jest jeszcze większe w przypadku osób, które rozpoczęły użytkowanie telefonu komórkowego, zanim ukończyły 20 lat. Ryzyko to wzrasta o 10%-60%, średnio o 30%10. Są to informacje podane do publicznej wiadomości. Wydaje się jednak, że słyszała o nich tylko ta część populacji, która, rozmawiając przez telefon, korzysta ze słuchawek lub zestawów głośnomówiących.

Ale niestety, takie środki ostrożności nie wystarczą.

Jak się zabezpieczyć?

Moim zdaniem podstawowym zabezpieczeniem jest ograniczenie ekspozycji na fale elektromagnetyczne.

Pierwszy krok, najważniejszy dla zdrowia, i zresztą nie tylko ze względu na fale, polega na przeprowadzce i – jeśli to konieczne – zmianie zawodu.

Większość z nas żyje w przekonaniu, które wtłoczono nam do głowy, że nie mamy wyboru – wyda się to radykalne, a nawet niewykonalne. Nie mówię, że to proste. Mówię tylko, że bardzo wielu ludzi zdecydowało się wyprowadzić daleko od centrum miasta, często za cenę niższego wynagrodzenia, ale dzięki temu jakość ich życia wzrosła. Nie powiem nic więcej w tym ważnym temacie, do którego jeszcze kiedyś wrócę.

  • Nie śpij obok telefonu komórkowego. Nie tylko należy go wyłączać i ładować na drugim końcu mieszkania, ale także przechowywać go jak najdalej od siebie: telefony komórkowe zawierają potężny magnes, który emituje fale NAWET po wyłączeniu; zresztą, jeśli możesz, po prostu obchodź się bez komórki!
  • Ogólnie rzecz biorąc, sprzęty elektryczne w domu instaluj i montuj na ścianach nabliżej tych zewnętrznych.
  • Nie umieszczaj żadnego sprzętu elektrycznego w sypialni, i dopilnuj, żeby nie było go również po drugiej stronie ściany, przy której stoi Twoje łóżko.
  • Unikaj tanich i energooszczędnych świetlówek kompaktowych, zawierających elementy elektroniczne generujące fale niskiej częstotliwości. Pilnuj zwłaszcza, by elementów takich nie zawierały lampy przy łóżku, zaś świetlówki kompaktowe zastąp żarówkami LED o ciepłej barwie światła.
  • Korzystaj z komputera z płaskim monitorem i jak najdalej odsuń się od monitora, ustawiając go na biurku jak najdalej od siebie. Używaj klawiatury i myszki podłączonych za pomocą kabli.
  • Unikaj podłączania komputera do Internetu za pomocą Wi-Fi, korzystaj z kabla.
  • Jeśli korzystasz z komputera przenośnego, nie stawiaj go na kolanach ani na brzuchu. W miarę możliwości korzystaj z dodatkowej klawiatury, myszki i jeśli możliwe również zewnętrznego monitora. Jak najdłużej pracuj na baterii, zamiast go ładować. Do ładowania wynieś go do odrębnego pomieszczenia w domu.
  • Ograniczaj korzystanie z oświetlenia elektrycznego. Odkryjesz przyjemności życia w naturalnym rytmie cyklu słonecznego. Kiedy wieczorem rozmawiasz przez telefon lub masz gości, przyciemnione światło nie tylko wystarczy, ale pomoże również stworzyć bardziej towarzyski nastrój.
  • Wyłączaj na noc wtyczkę Wi-Fi.
  • Maksymalnie ogranicz rentgen, USG, rezonans magnetyczny, echo. Postaraj się znaleźć lekarza, któremu będzie się chciało i który będzie w stanie diagnozować Cię bez zasłaniania się skomplikowanymi badaniami.
  • Jeśli masz w domu niemowlę, unikaj babyfonu: emituje on silne pulsacyjne mikrofale, szczególnie groźne dla mózgu malucha.

Zdrowia życzę,
Jean-Marc Dupuis

******************************

Źródła:

1) Dirty Electricity and Electrical Hypersensitivity: Five Case Studies. http://www.emfandhealth.com/HavasStetzerWHODirtyElectricityStudies.pdf

2) Les assureurs n’assurent plus ‘les dommages de toute nature causés par les champs et ondes électromagnétiques’ – 19/02/2003. http://www.robindestoits.org/Les-assureurs-n-assurent-plus-les-dommages-de-toute-nature-causes-par-les-champs-et-ondes-electromagnetiques-19-02-2003_a41.html

Artykuł pochodzi z newslettera Poczta Zdrowia, przekazującego najnowsze, potwierdzone badaniami naukowymi, informacje o naturalnych metodach leczenia i zapobiegania chorobom. Można go zaprenumerować bezpłatnie na stronie http://www.PocztaZdrowia.pl.

Samochód to wygoda, ale…

Wiking jest waleczny, ale smogu bardzo nie lubi

Wiking jest waleczny, ale smogu bardzo nie lubi

Nienawidzę korków.  Stanie i nic nie robienie jest absurdem. Przecież rozwój motoryzacji miał sprawić, że będzie nam wygodniej, łatwiej i szybciej dojechać do celu.

To już nieprawda! Ludzkość chyba osiągnęła szczyt niemożliwości. W każdym polskim mieście (oczywiście nie tylko w polskim) dojechanie na miejsce zabiera coraz więcej czasu, nerwów i… przekleństw. To już nie jest normalna, miła podróż z miejsca na miejsce to jest UTRAPIENIE.

W tym roku było już kilkanaście dni bardzo gorących, temperatura ok. 30 stopni C.  Wokół zgiełk, hałas, trąbienie, smród spalin, latem można naprawdę się udusić, zemdleć z braku tlenu. To jest powszechna, codzienna nasza rzeczywistość.

Już od ponad roku przestałam jeździć autem do centrum Warszawy. Zaczęło się od kilku spóźnień na ważne spotkania, najadłam się wstydu, bo niby każdy wie, że korki, ale to nikogo nie tłumaczy – trzeba wstać o piątej rano, aby gdzieś dojechać na czas i do tego znaleźć miejsce do zaparkowania. Płatne oczywiście i coraz droższe. Dlatego pewnego dnia na tzw. ważne spotkanie postanowiłam pojechać autobusem. Co się wtedy zdarzyło opisałam  TUTAJ . To mnie jednak absolutnie nie zniechęciło – do dzisiaj,  jeśli muszę jechać do centrum Warszawy jadę miejską komunikacją – jest coraz lepsza.

Świat myśli o tym co zrobić, aby było lepiej. Ekologiczne auta już są, jednak jeszcze, z różnych powodów, mało dostępne. Każdy chce być zdrowy, żyć długo i wspaniale się czuć, ale nie każdemu zależy na dbaniu o środowisko. Samochodów przybywa i przybywa, a drogi nie nadążają i nie nadążają… auto ma prawie każdy. Ideałem byłoby gdyby nowe samochody zastępowały stare. Tak oczywiście nie jest. Producenci muszą produkować, muszą zarabiać, ludzie mają pracę, zarabiają kupują… itd. Koło się zamyka? Może jednak nie na zawsze, bo są już samochody hybrydowe, naukowa ludzkość ciągle szuka nowych, najlepiej niewyczerpalnych i czystych energii. Może przyszłością dla Warszawy jest system car-sharing, który już działa w wielu miastach Europy. Ponoć  nasza stolica też się przymierza do tego chyba fajnego systemu. Będzie można wypożyczyć auto tak jak rower…

W Warszawie bywa naprawdę dość strasznie. Sporo starych aut, do tego kiepska organizacja ruchu, a problem jest bardzo poważny i narasta. Są rejony gdzie spalin jest potwornie dużo,  zwłaszcza latem nie ma czym oddychać, jest po prostu smog komunikacyjny. Miasto stara się propagować komunikację miejską, ale chyba robi to dosyć niemrawo. Poza tym brak nam pewnego obyczaju – podwożenia, zabierania kogoś po drodze np. sąsiadów z osiedla. Nie sądzę, aby u nas zapanował taki zwyczaj, a szkoda. Autobus mieści około 100 do 180 osób. O ile spalin, hałasu i korków jest więcej gdy ci ludzie NIE JADĄ autobusem tylko własnym samochodem? Pomnóżmy to przez setki autobusów w mieście – wniosek nasuwa się jeden:

KORZYSTAJMY Z MIEJSKIEJ KOMUNIKACJI JAK NAJCZĘŚCIEJ – BO INACZEJ PODUSIMY SIĘ W TYM SMOGU!

Fani rowerów oczywiście promują i to mocno jazdę rowerem. No cóż dla wielu, wielu osób, dla mnie też – na ogół to nie jest dobre. Pojechałam dwa razy do centrum i miałam dosyć. Cieszyłam się, że wróciłam żywa. Byłam totalnie zakurzona, potem ochlapana, ale ŻYWA! Jeżdżę dość często rowerem, ale nie do pracy i nie do centrum. Nie zawsze rower jest dobrą alternatywą. Warszawscy kierowcy – zresztą nie tylko – nie są przychylni rowerzystom – i to jest delikatnie powiedziane.

Londyn wprowadził już jakiś czas temu opłatę za wjazd do centrum – chyba 8 funtów. Wiele miast ma też taki zamiar, na razie ograniczany jest ruch. Chyba nie ma innej rady. A moje hasło to: KORZYSTAJMY Z MIEJSKIEJ KOMUNIKACJI JAK NAJCZĘŚCIEJ – BO INACZEJ PODUSIMY SIĘ W TYM SMOGU!